, ,

Sri Lanka - fascynacja czy rozczarowanie? Relacja + zdjęcia cz.2

5/22/2016

Druga część mojej relacji ze Sri Lanki zaczyna się od najgorszej rzeczy jakiej doświadczyłam na tej wyspie. Drogę z Nuwara Eliya do Ella postanowiłam przemierzyć pociągiem.
Decyzja o pokonaniu tej trasy pociągiem, była wielkiem błędem. W życiu nie przypuszczałabym, że ten pociąg pojedzie na około - czyli z północy na południe, aby potem pojechać na wschód i z powrotem na północ - taki trójkąt. Dodam, że odległości między trzema głównymi miastami, które były na tej trasie wynoszą około 50 km. Busem taka podróż zajęłaby mi max 1,5 godziny. Myślałam, że pojadę około 3 godziny, a jechałam chyba z 6 godzin. Nawet nie zabrałam ze sobą suchego prowiantu. Siedziałam z przemiłym Państwem z Niemiec i parą z Włoch. Początek podróży wszystko było super, zapierające dech w piersiach widoki, wszyscy robią zdjęcia, uśmiechają się do siebie, komentują, cud, miód i malina! Jednak z każdą godziną nasz nastrój ulegał znacznej zmianie. Po jakimś czasie, miałam już w nosie te wszystkie widoki i zdjęcia, już obrzydła mi ta zieleń herbacinach pól, więc na tyle na ile mogłam, to spałam. Po około 4 godzinach, byliśmy lekko zdezorientowani - gdzie my jesteśmy? dlaczego tak długo jedziemy? przecież to tylko 50 km. W końcu wyciągnęłam telefon i odpaliłam nawigację! Jak pokazałam moim towarzyszom trasę jaką jedziemy, to aż zbledli z wrażenia! Tego nie da się opisać! Nie wiedzieliśmy czy się śmiać czy płakać. Byliśmy wszyscy tak wkurzeni na siebie, że nie byliśmy w stanie juz nawet uśmiechać się do siebie. Żona Niemca zrobiła mu jeszcze awanturę, że wybrał zły pociąg. 6 godzin tułaczki, w smrodzie, w upale, w totalnej ciasnocie, bez jedzenia, picia, z pełnymi pęcherzami, bez klimatyzacji, z lejącym się po czole potem. A do tego, ostatnie i najgorsze trzy godziny, w towarzystwie rozwydrzonych japońskich dam, które śmiały się na cały wagon. Taką miałam ochotę wstać, udusić i wyrzucić przez okno całe to japońskie towarzystwo, bez wyjątku! To była moja ostatnia podróż pociągiem na Sri Lance. Nigdy więcej! 




Dotarłam do Ella – cudowna, górska, klimatyczna i malutka miejscowość, taka jakie lubię. Położona ponad 1000m n.p.m. Jedna główna, mała uliczka z restauracjami, kawiarniami i sklepami z pamiątkami. Ella bardzo przypominała mi Pai w Tajlandii. Znalazłam pokój w samym centrum, na głównej ulicy, przy banku, ale trzeba było się trochę po wspinać, aby do niego dojść, bo dom był wysoko na górze. Właścicielka prowadziła sklep i miała też skutery, więc od razu wypożyczyłam skuter i następnego dnia na skuterze zwiedziłam całą okolicę. Okolice Ella są przepiękne. Zwiedziłam kilka fabryk herbat m.in. Uva Halpewatta, Kinellan oraz Newbourg (Finlays). Do większości z nich wstęp jest płatny (300-500Rs). W fabrykach nie można robić zdjęć, ale jak się ładnie poprosi i jest mało turystów – to jest duża szansa. Warto odwiedzić chociaż jedną taką fabrykę. Zazwyczaj zwiedzamy z przewodnikiem, który jest pracownikiem fabryki. Przewodnik oprowadza nas po wszystkich pomieszczeniach, pokazuje maszyny i opowiada o całym procesie produkcji herbaty - od jej suszenia, skręcania, rozdrabniania, przez fermentację, aż po pakowanie. Warto kupić herbatkę w sklepie przyfabrycznym, ceny może ciut wyższe niż w normlanych w sklepach, ale mamy gwarancję, że w środku jest na pewno herbata najwyższej jakości.










Kolejną atrakcją okolic Ella jest góra Little Adam's Peak. Większą część trasy można przejechać na skuterze, ale okolice są tak piękne, że warto wybrać się na spacer między zielonymi polami herbaty. Zostawiłam skuter na małym parkingu i ruszyłam w drogę. Zapomniałam zabrać ze sobą wodę, została w bagażniku, w skuterze. Czy już sobie wyobrażasz co przeżywałam parę godzin bez wody w samo południe? Po drodze nie było żadnego sklepu. W życiu nie chciało mi się tak bardzo pić jak wtedy. Nie dość, że byłam bez wody, to ominęłam jeszcze wejście na szlak, którym idzie się już na sam szczyt. Czyli weszłam na górę, minęłam wejście na szczyt i zeszłam po drugiej stronie góry. Złapałam tuk tuka, który zawiózł mnie z powrotem na górę. Nie wiem czy to tylko mi się zdarzyło minąć to wejście, czy innym turystom też się to przytrafia. Pamiętaj, jak na górze gdzieś zobaczysz ZAMKNIĘTY szlaban, to należy przez niego przejść, bo to właśnie ta droga prowadzi na szczyt. Spragniona i wkurzona dotarłam na szczyt. Widok piękny, ale byłam tak padnięta, że zrobiłam tylko kilka zdjęć i wracałam. Nie miałam nawet siły, żeby dojść do tego słynnego miejsca z tą wysuniętą skałą. Biłam się z myślami – iść czy nie iść, to tylko paręnaście metrów. Odpuściłam, bo chyba zemdlałbym z pragnienia. 


Jeżdżąc na skuterze cały czas szukałam plantacji, na której byłyby kobiety zabierające herbatę. Szukałam, szukałam i w końcu trafiłam, na bardzo ładną plantację. Oczywiście panie chciały od razu pieniądze za zrobienie im zdjęć. Niestety nie miałam drobnych, więc poczęstowałam je cukierkami. Cukierki przełamały pierwsze lody. Na plantacji spędziłam chyba z dwie godziny. Ja podziwiałam Tamilki, które listek po listku zbierały herbatę i wrzucały ją do worków zaczepionych o głowy. A one zainteresowały się apartem, kamerą i moimi kolorowymi okularami. Każda ze zbieraczek musi dziennie uzbierać około 20 kg herbaty czyli około 2 wielkich worków. To naprawdę bardzo ciężka praca. 













Tego dnia chciałam jeszcze zobaczyć słynny stuletni most Nine Arch Bridge. Oczywiście znowu się pogubiałam, tzn przejchałam zjazd do mostu. Wiesz co, chyba jednak te wszystkie atrakcje na Sri Lance są słabo oznaczone. Do samego mostu trzeba zejść z drogi w dół, po stoku.  Most robi wrażanie, a największe wtedy, kiedy przejeżdza po nim pociąg. Warto poczekać na pociąg, by zrobić fajne zdjęcie. Po zrobieniu zdjęć wróciłam na górę. Chwilkę porozmawiałam z rodzinką, która prowadziła tam mały sklepik i chciałam ruszyć dalej w drogę. A tu niespodzianka! Nie mam kluczyków od skutera. Zgubiłam, tylko gdzie? W drodze na most? przy moście? w drodze powrotnej? Droga przez las, krzaki, trawę etc. Nie ma szans, żeby znaleźć dwa przypięte do siebie małe kluczyki, bez bryloka, bez smyczy. Rodzinka, którą przed chwilą poznałam postanowiła mi pomoc i w trojkę ruszliśmy w kierunku mostu na poszukiwanie zguby. Byłam załamana, bo nawet nie miałam kontaktu do mojej kwatery. Chyba ktoś jednak nade mną czuwa. Całe szczęście, kluczki się znalazły! Niewiarygodne! 




Miałam jeszcze trochę czasu, więc pojechałam zobaczyć słynny mierzący 25m wodospad Rewana. Wodospad robi wrażenie, można nawet się w nim wykąpać.  Przy wodospadzie poznałam dwie Polki – pozdrawiam Was dziewczyny. Umówiłyśmy się na piwko po powrocie do miasta. 

W ten wieczór miałam opuścić już Ella, ale postanowiłam zostać jeszcze do rana, więc szybciutko rozejżałam się za kwaterą. Siostra właścicielki poprzedniej kwatery wiozła mnie tuk tukiem na szczyt góry do swojej kwatery – jakieś dobre parę kilometrów, a wcześniej mówiła mi, że to bardzo blisko! Nie pamietam kiedy ostatni raz musiałam być asertywna. W połowie drogi, jak już miasto widziałam prawie z lotu ptaka powiedziałam - sorry, wracamy do centrum. Wróciliśmy do miasta i znalazłam inną kwaterę przy samej ulicy, w samym centrum. Z dziewczynami zjadłam pyszną kolację i przegadałyśmy całą noc, a wcześnie rano miałam pociąg. Dodam jeszcze, że miłośnicy trekkingu będąc w Ella, powinni wybrać się na górę Ella Rock. Wejście na górę dla laików takich jak ja - podobno byłoby lekkim problemem, dlatego nawet nie planowałam zdobywać tego szczytu. Szczyty nie tylko górskie, wolę zdobywać w przyjemniejszy, łatwiejszy i milszy sposób. Po około godzinie dotarłam do Haputale. Poprosiłam pierwszego lepszego pana z tuk tuka, aby zawiózł mnie do jakiegoś hotelu. W pokoju rzuciłam tylko plecak i tym samym tuk tukiem pojechałam zobaczyć oddalony o jakieś 20 km wodospad Bambarakanda Ella. To najwyższy wodospad na Sri Lance - jego wysokość wynosi 263 m. Piękny! Olbrzymi! Robi niesamowite wrażenie. 







Na drugi dzień z tym samym panem, pojechałam do Lipton’s Seat. Umówiliśmy się chyba na 6 rano, żeby zdążyć na miejsce podczas wschodu słońca. Wiem, że niektórzy z Was teraz sobie pomyślą, że to największy grzech wjechać tuk tukiem na Lipton’s Seat. Ja nie należę do osób, które lubią wspinać się po górach, łazić gdzieś godzinami. Trekking – nie jest dla mnie. Wspinając się na Little Adam’s Peak myślałam, że w pewnym momencie się podam, usiądę i nigdzie dalej nie pójdę. Po zaliczeniu tego szczytu powiedziałam sobie, że nigdzie na Sri Lance już się więcej nie wspinam. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Widok z Lipton’s Seat cudowny! Najładniejszy jaki widziałam na Sri Lance. Na szczycie można napić się herbatki. Nazwa wzgórza Lipton’s Seat (1970m n.p.m.) pochodzi od najbardziej znanego założyciela fabryki herbaty - Thomasa Liptona. To z tego miejsca sir Lipton podziwiał swoje herbaciane królestwo, a u jego podnóża w 1980r. założył fabrykę herabaty, która działa do dziś i można ją zwiedzać, co też poźniej uczyniłam. 









Trasa na Lipton’s Seat przepiękna, ciągnie się między plantacjami herbaty, między zielonymi alejkami, tarasami i wzgórzami. Czułam się jak Alicja w krainie czarów. Było tak ładnie, że jednak postawiłam ruszyć dupę i część drogi przeszłam na nogach, a tuk tuk czekał na mnie na dole przy fabryce herbaty. Pamiętaj, aby na Lipton's Seat wyruszyć wcześnie rano, bo po godzinie 9.00 dolina jest już przykryta gęstą mgłą. Nie zapomnij również ciepło się ubrać, bo rano jest tam bardzo zimno.






Na koniec wycieczki zwiedziłam jeszcze fabrykę Dambatenne. Była to pierwsza fabryka, w której kazano ubrać mi fartuch. Przewodniczka oprowadziła mnie i małą grupę Włochów po całej fabryce. W fabrykach herbaty najfajniejsze jest to, że można herbatę dotknąć, powąchać, a na koniec nawet jej spróbować, czy kupić na pamiątkę. Odłączyłam się na chwilę od grupy i zrobiłam kilka zdjęć. Chwilkę porozmawiałam z miłym panem, który notował w wielkim notesie ilość wyprodukowanej w danym dniu herbaty. Herbatę pakuję się w wielkie zbiorcze opakowania i statkiem transportuje się je do Indii, w których pakowne są już w małe, znane nam opakowania i ekspresowe saszetki.  










To był ostatni punkt na mojej liście atrakcji centralnej części Sri Lanki - tej najładniejszej części wyspy. Na koniec swojej podróży, zostawiłam południowe wybrzeże Cejlonu, a więc ocean, palmy, plaże i nurkowanie. Aby z centralnej części wyspy dostać się na południe, należy pojechać do miejscowości Bandarawala, niedaleko Haputale. Nie jest to turystyczna miejscowość, ale duże centrum komunikacyjne. Z tej miejscowości odjeżdżają autobusy prawie we wszystkich kierunkach. Aby dostać się do miejscowości Mirrisa musiałam wsiąść do autobusu do Matara, a stamtąd tuk tukiem udać się do Mirrisy. W autobusie poznałam przesympatyczną Polkę mieszkającą na stałe w Anglii. Kasia również podróżowała sama. Zanim przyleciała na Sri Lankę przez parę tygodni była na Bali. Okazało się, że w tym samym dniu mamy wylot z Kolombo, więc postanowiłyśmy, że pod koniec podróży, skontaktujemy się ze sobą i ostatnie dni spędzimy gdzieś razem. Kasia wysiadała w Tangalle, a ja jechałam dalej do Matara. Tangalle miałam też na swojej liście, ale chciałam pojechać już do Mirrisy i zostać tam przez 2 - 3 dni, bo byłam już bardzo zmęczona tym ciągłym zmienianiem miejsc. Przy wodospadzie w Haputale poznałam parę z Polski, która poleciła mi fajny nocleg w Mirrisie, więc z niego skorzystałam. Rodzinka przywitała mnie naszyjnikiem z kwiatów i lemoniadą – cudowni ludzie. Od razu pierwszego dnia udałam się na poszukiwanie fishermanów, czyli rybaków łowiących ryby, siedząc na kijach wbitych do dna oceanu. Wzięłam tuk tuka i przejechaliśmy parędzięsiąt kilometrów wzdłuż wybrzeża - Weligama, Midigama, Ahangama, Koggala. Owszem, znaleźlismy kilka miejsc, w których byli rybacy. Jednak wszędzie, nagle zza krzaków wychodził jakiś pan i chciał ode mnie kasę za zrobienie zdjęcia. Niestety, czasy się zmieniają, wszystko się rozwija i pędzi do przodu. Rybakom bardziej opłaca się pozować do zdjęć, niż łowić ryby, więc prawdziwych fishermanów na Cejlonie raczej już nie znajdziesz. 



Mirrisa to cudowna malutka miejscowość. Bardzo mi się podobała i spędziłam w niej 3 dni. Przesiadywałam głównie w resturacji Papa Mango, która miała wydzieloną swoją małą plaże, a więc między stolikami, były leżaki i hamaki. Ja bardzo rzadko zażywam kąpieli morskich, ale tutaj nie byłam w stanie się powstrzymać. Fale były tak ogromne, że nie mogłam spokojnie siedzieć na plaży i patrzeć jak inni się w nich bawią. Fala była tak silna, że zwalała mnie z nóg i wyrzucała mnie na brzeg. Dawno tak się nie śmiałam i nie bawiłam - jak dziecko. Czasami głupio mi było, że taka stara baba, a ma taką zabawę w wodzie. Kiedyś u jednego z blogerów przeczytałam, że fale na Sri Lance tak go poturbowały, że czuł się jak w pralce podczas wirowania, teraz już wiem co dokładnie miał na myśli. Potężne fale jakie występują na Sri Lance, czynią ją jednym z lepszych miejsc na świecie do uprawiania surfingu. Szkółek nauki surfingu, wypożyczalni sprzętu jest tutaj całe mnóstwo, na każdym kroku, na każdej prawie plaży. 











Po 3 dniach błogiego lenistwa, bez zegarka, bez pośpiechu, bez mapy - postanowiłam ruszyć dalej do miejscowości Unawatuna. Jak tylko wysiadłam na przystanku, wiedziałam ,że długo tu nie zabaluję.  Nie podobało mi się w Unawatuna, więc spędziłam w tej miejscowości tylko jedną noc. Wypożyczyłam skuter i udałam się do małego miasteczka Galle na jednodniową wycieczkę. Po drodze zatrzymałam się na targu rybnym. Każdy kto był już na Sri Lance, był przynajmniej raz w takim miejscu. O targach rybnych na Sri Lance krążą różne opinie, ale chyba najważniejsza rzecz, o której warto tu napisać, to sprzedaż ryb, które są pod ochroną. Sama widziałam części z rekina czy innych ryb, które są chronione. W niektórych restauracjach na wybrzeżu można zjeść np. stek z rekina. Samo miejsce bardzo fascynujące. Ryby wyłożne na brudnych stołach, wokół, których lata mnóstwo much. Wagi do ważenia ryb w nienajlepszym stanie, a o czystości dłoni sprzedawców już nawet nie wspomnę. Ryb i owoców morza było całe mnóstwo – kreweteki, kalmary, tuńczyki, kraby, a nawet ośmiornice i płaszczki. Nie przepadam za takimi miejscami, bo wolę oglądać te wszystkie zwierzątka pod wodą. I zawsze tak mi jakoś smutno, bo jak widzę piękną, dużą ośmiornicę pod wodą, to buzia uśmiecha mi się od ucha do ucha. A za chwilę taką ośmiornicę widzę już nieżywą, zabitą przez człowieka, przygotowaną do konsupcji. Może powinnam zostać wegetarianką? Na tym targowisku spędziłam tylko chwilę, nie mogłam być tam dłużej, nawet zdjęć nie robiłam. W każdej nadmorskiej miejscowości znajdziesz taki targ. Bardzo popularny i duży targ znajduje się w Negombo, niedaleko Kolombo. Warto odwiedzić takie miejsce.



Fortowa część miasta Galle jest bardzo urocza. Zwiedza się tylko to stare miasto, które jest za murami. Fort w Galle znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Jest w nim pełno knajpek, restauracji, jubilerów i sklepów pamiątkami. Można w nim spędzić cały dzień, spacerując wąskimi uliczkami. W obrębie fortu znajduje się również kościół, małe muzeum, do którego warto wejść, szkoła muzułmańska oraz latarnia morska. 










Wróciłam do Unawatuny i wieczorem wybrałam się na plażę. Wieczorami cała plaża zastawiona jest restauracyjnymi stolikami, które tworzą bardzo fajny klimat, bo siedzi się praktycznie na plaży, parę metrów od brzegów oceanu. Czasami fala dochodzi, aż do stolika i moczy nam stopy - bardzo przyjemne uczucie. Na plaży mnóstwo restuaracji, jedna przy drugiej. Wszystkie ładnie oświetlone kolorowymi lampionami. Przed każdą restauracją wystawiony jest stół ze świeżymi rybami, a obok bucha ogień z wielkiego grilla.  



Bardzo przyjemnie się tak siedzi na plaży, pod gołym niebem, tuż nad oceanem. W ten sposób zagospodarowane są plaże chyba na całej Sri Lance, a na pewno na południowym wybrzeżu. Pisałam, że Unawatuna nie przypadła mi do gustu, pewnie też dlatego, że wszędzie słychać tu było rosyjski język, a w resturacjach menu było po angielsku i po rosyjsku. Rano wybrałam się na plaże, by zjeść tylko śniadanie. Wieczorem plaża zdecydowanie lepiej prezentuje się niż za dnia. 


Po śniadaniu ryszyłam do Hikkaduwy - miejscowości w której miałam nurkować. Hikkaduwa to bardzo popularny, duży i brzydki kurort na Sri Lance. Znowu złapałam się na tym, że po przeczytaniu gdzieś słów „największy kurort na Sri Lance”– pomyślałam, że będzie to jakieś wypasione miasteczko, pełne super hoteli, pięknych plaż i butików z pamiątkami. Nie! nie! nie! Może to i był kurort, ale kurort w warunkach lankijskich, a więc zniszczony, brudny i zaniedbany. Znalazłam fajne centrum nurkowe Padi  - Poseidon, z którym przez 2 dni nurkowałam. W pierwszy dzień podziwialiśmy rafy, a drugiego dnia nurkowaliśmy na wrakach. O nurkowaniu na Sri Lance napiszę osobny post, więc tutaj nie będę zanudzać tym tematem. W Hikkaduwie spędziłam chyba najwięcej dni. Jednak musiałam urozmaicać sobie jakoś czas w tym brzydkim mieście, a więc codziennie jadłam pyszne ryby i owoce oraz zwiedzałam na skuterze okolice. 










Pewnego dnia pojechałam do słynnej wylęgarni żółwi, która znajduję w małej miejscowości Kossgola. W wylęgrani przetrzymuje się żółwie, które wykluły się z jaj znalezionych na plaży i przyniesionych przez mieszkańców do wylęgarni. Gdy żółwie są już na tyle dojrzałe, by samodzielnie żyć, wypuszcza się je do morza. W ośrodku tym, przebywa wiele żółwi "niepełnosprawnych" - bez łapek, ślepych etc. - najczęściej skrzywdzonych przez człowieka. W wylegrani można zobaczyć cały cykl życia żółwia - od jajka, aż po dorosłego osobnika. Oczywiście największe wrażenie robią malutkie, parodniowe, jeszcze ślepe żółwiki. 





Po kilku dniach dotarła do mnie Kasia. Razem spędziłyśmy ostatnie chilloutowe dni na Sri Lance. W jeden dzień wypożyczyłyśmy skutery i zwiedzałyśmy okolice. Odwiedziłyśmy Muzeum Tsunami, które jest na trasie wylotowej z Hikkaduwy, widziałyśmy wielki pomnik Buddy - pamięci ofiar tsunami, ufundowany przez rząd japoński. Jego wysokość jest równa wyskości fal tsunami z 2004r. Wstąpiłyśmy również do Muzeum Masek w Ambalangoda. W Ambalangoda działa wiele zakładów produkujących tradycyjne, drewniane maski. Maski na Sri Lance odgrywają bardzo ważną rolę. Wykorzystuje się je w różnych przedstawieniach i rytuałach, ale przed wszystkim pełnią one funkcję ochronną i leczniczą. Np. maska przedstawiająca pawia - daje szczęście, maska węża - pomyslność w małżeństwie. Kolejne dni upływały nam na błogim lenistwu na plaży. Odpoczywałyśmy, cieszyłyśmy się słońcem i oceanem. Czasami korzystałyśmy z uzdrowiajacej mocy ayuwerdynskiego masażu, objadałyśmy się lankijskimi pysznościami: egzotycznymi owocami, pysznymi rybami i owocami morza, zupkami, curry, a także roti – to takie małe nadziewane naleśniki. Podawane na słodko lub na słono – pyszne. Wieczorami zwiedzałyśmy kluby i dyskoteki na plaży. 






Hikkaduwa nie była taka zła, jak na początku mi się wydawała. Być może gdybym miała sama spędzić w niej te ostatnie dni, to pewnie zwinęłabym się do jeszcze innej, kolejnej miejscowości, bliżej Kolombo. A tak, razem z Kasią, spędziłyśmy fajnie czas, w tym brzydkim kurorcie. Z Hikkaduwy na lotnisko w Kolombo można dojechać autobusem. W związku z tym, że nasze loty były w nocy, więc autobusem musiałybyśmy wyjechać już późnym popołudniem. Nie chciało nam się też dźwigać naszych ciężkich plecaków, więc postanowiłyśmy, że na lotnisko pojedziemy jakąś taksówką. Po negocjacjach udało nam się znaleźć kierowcę, który wieczorem nas zwiózł do Kolombo (cena standardowa za taxi do Kolombo 8000 Rs, my pojechałyśmy za 6000 Rs czyli około 160 PLN). Mój lot był pierwszy. Aż łezka zakręciła mi się w oku, jak żegnałam się z Kasią na lotnisku. Spędziłam kilka dni z zupełnie obcą mi osobą, która już po paru dniach stała mi się bardzo bliska. Obydwie stwierdziłyśmy, że po coś, nas los, na siebie skierował. Każda z nas, dzięki drugiej - coś nowego i ciekawego dla siebie odkryła. Ja wierzę w to, że pewnych ludzi spotykamy po coś... Pozdrawiam Cię kochana! 


Podróż minęła mi wyjątkowo szybko. Wylądowałam w deszczowym Berlinie. Z lotniska autobusem udałam się na dworzec kolejowy, z którego miałam pociąg do Warszawy. Jednak ta relacja nie mogłaby się zakończyć już teraz, w tym momencie, po wylądowaniu, bo wydarzyło się coś jeszcze i to bardzo ciekawego, wesołego a zarazem przerażającego. Otóż w pociągu do Warszawy, przeżyłam chyba najbardziej emocjonującą przygodę podczas całej mojej podroży na Sri Lankę. Od Berlina jechałam sobie z nowo poznaną w pociągu koleżanką. Magda, była na studiach doktoranckich z filozofii na jakieś uczelni we Frankfurcie. Bardzo mądra i inteligentna dziewczyna. Przez chyba godzinę jechałyśmy tak sobie spokojnie, każda rozłożona na swojej kanapie, torby pod głowami i rozmawiałyśmy sobie o Berlinie i o filozofii. I nagle otworzyły się drzwi, naszą ciszę i spokój przerwało... „Hej, kur... ja pierd… laski macie tu jakieś wolne miejsce? Mogę kur... dosiąść się do Was? Fajne laski jesteście to sobie pogadamy trochę, to co? mogę?” - powiedziała do nas młoda kobieta, z prawie zielonymi od rozjaśniania włosami, z twarzą strzaskaną na super mocny mahoń, ubrana w aksamitny czarny dresik, a na wierzchu futerko w panterkę. Na ramieniu dwie wielkie torby sportowe. Nie jestem ekspertem od narkotyków, ale jestem pewna na 99%, że nasza nowa koleżanka była pod wpływem narkotyków. Nie wiem kim była, ale wyglądała mi na prostytutkę. "Tak, proszę" - odpowiedziałyśmy równocześnie. Od razu sie zerwałyśmy na równe nogi i usiadłyśmy, zerkając raz na siebie, a raz na naszą nową towarzyszkę podróży. „Ej laski, kur... nie macie jakiś butów, żeby mi dać, albo się zamienić? Kur... rozjeb… sobie buty przez tą jeba… walizkę i nie mam w czym chodzić” Mówiąc to, zademonstrowała nam jak rozwaliła sobie buty – podeszwa w obydwu butach trzymała się chyba tylko na jednej nitce. Po czym koleżanka zwróciła się do mnie - „Ej kur... widzę, że Ty masz fajne buciki, takie sportowe, białe to może Ty się zamienisz co?” Dodam, że miałam nówki sztuki Adidasa - trampki z najnowszej kolekcji, które do najtańszych nie należały. Aż zrobiło mi się słabo, nawet bałam się, że mi je zabierze. Ubrałam je od razu na stopy i schowałam nogi pod kanapę, aby jej nie kusić ich widokiem. Inteligentne osoby potrafią porozumieć się bez słów, więc nagle z Magdą zaczęłyśmy rozmawiać na jakieś „trudne” tematy, specjalnie, żeby koleżanka nie mogła się wtrącić do rozmowy. Przez chwilę było spokojnie. Nagle koleżanka wstaje jak poparzona i wyciąga nóż z torebki! Tak! Nóż! Taki duży, składany nóż! "Kur..., jeb..y nóż, nie mogę go złożyć, może mi laski pomożecie, co?” i wciska mi ten nóż do ręki! Jezu, ale byłam wystraszona. Pomyślałam sobie, że na pewno zabiła kogoś tym nożem i teraz chce od kogoś odciski palców! - "wiesz co, ja nawet nie próbuję, bo pewnie nie dam rady, może jakiś mężczyzna z korytarza spróbuje" – odpowiedziałam. Uff udało się, zabrała mi go z przed nosa. Chodziła z tym nożem od okna do drzwi, wymachując nim cały czas przed naszymi oczami. Ja umierałam ze strachu, a Magda ze stoickim spokojem – "A na co Ci ten nóż? Przecież to chyba nielegalne?" - „No wiesz, kur… mam pozwolenie, na klamkę też mam papiery. Muszę mieć, no wiesz, kiedy idę w nocy przez las i jakiś skurw… mnie zaatakuje, to ja go raz dźgnę, drugi raz, wiesz, żeby tylko go zabolało i żeby zobaczył krew, taki to od razu odskoczy ode mnie a ja ucieknę, co nie?!" Z każdą minutą było coraz ciekawiej. „Ej laski, a skąd jesteście i co robicie?” Ja odpowiedziałam, że jestem z Warszawy i pracuję w małej firmie. I nagle usłyszałam - „Słuchaj, a nie mogłabyś mi załatwić jakiejś roboty? No wiesz, mieszkanie za seks, wiesz te sprawy”. O matko! A jednak! – "Nie, nie, raczej nie, nie mam takich znajomych" Po czym koleżanka podeszła do okna, żeby sprawdzić na jakiej stacji zatrzymał się pociąg i mówi „Kur.. ciekawe czy mój stary po mnie wyjdzie na peron”. Później chciała od nas szczotkę do włosów, pastę do zębów i tysiące różnych osobistych rzeczy. W pewnym momencie zwróciła się do mnie – „O widzę, że Ty też lubisz solarium!?” – "nooooo, tak trochę, czasami" - odpowiedziałam (a ja opalona po 3 tygodniach pobytu na Sri Lance) na co ona - „Wiesz, ja ostatnio byłam, jak zmarzłam, gdy biegałam po lesie i poszłam się trochę ogrzać i chyba za długo leżałam i mnie przyjarało". Pociąg z Berlina jedzie do Warszawy około 5,5h. Przez ponad połowę drogi miałyśmy takie ciekawe towarzystwo, ale dzięki niej droga minęła nam bardzo szybko. Czasami było bardzo śmiesznie, ale nie mogłyśmy się śmiać, a czasami, były momenty, że naprawdę się bałam, zwłaszcza jak wyciągała ten nóż z torby i chodziła z nim po przedziale. Byłam tak zestresowana, że nawet nie pomyślałam, aby zrobić jej jakieś zdjęcie z ukrycia. Taką oto przygodą, zakończyłam moją podróż na Sri Lankę. Na Sri Lance zrobiłam wszystko to, co zaplanowałam, nawet zdjęcia o jakich marzyłam, też zrobiłam. Sri Lanka jest pięknym malowniczym krajem, ze wspaniałymi, dobrymi ludźmi, z pyszną kuchnią i herbatą, z malowniczymi parkami i dzikimi zwierzętami, więc dlaczego, mi się nie podobało? Chyba poprostu jest tak, że nie zawsze wszystko nam się musi podobać, prawda? Może to nie był dopowiedni dla mnie czas, aby poznać Sri Lankę? Może hinduskie i indyjskie klimaty nie są dla mnie. No więc Sri Lanka, nie zajmie miejsca na podium, na którym od lat króluje Kuba. Nic na to nie poradzę. Ale za pyszną herbatkę, radosne turbulencje w oceanie i przepiękne widoki na Cejlonie - ślicznie jej dziękuję.

Pierwszą część relacji ze Sri Lanki(Kolomobo, Anuradhapura, Dambulla, Polonnaruwa, Kandy, NuwaraEliya) znajdziesz tutajA jeśli planujesz podróż na Sri Lankę, konieczne zerknij na post o cenach, noclegach i komunikacji, który znajdziesz tutaj oraz na post o biletach, wizie i ubezpieczeniu, który jest tutaj.
Jeśli podobał Ci się ten post możesz zostawić komentarz na dole strony. Możesz również śledzić mnie na FB - wystarczy, że klikniesz "lubię to", które jest poniżej lub na Instagramie i G+ ikonki znajdują się u góry, po prawej stronie. Dziekuję.



Podobne

2 komentarze

  1. Piękne zdjęcia! Choćby dla samej herbaty muszę się wybrać na Sri Lankę!

    OdpowiedzUsuń

NEWSLETTER

Jeśli nie chcesz przeoczyć żadnego nowego wpisu - zostaw swój adres!

polecany post

mapa

mapa