, ,

Sri Lanka - fascynacja czy rozczarowanie? Relacja + zdjęcia cz.1

5/10/2016

Od początku będę z Tobą szczera. Sri Lanka mnie nie zachwyciła. Dlaczego? Nie mam pojęcia i cały czas się nad tym zastanawiam. 
Może dlatego, że moje serce jako pierwsza skradła całkowicie Kuba? Może dlatego, że już wiele w życiu widziałam i Sri Lanka nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia? Może dlatego, że znowu miałam jakieś wygórowane oczekiwania i wyobrażania? A może dlatego, że za bardzo chciałam wszystko zobaczyć i przeżyć, przez co Sri Lankę tak mówiąc wprost - zaliczyłam. A może dlatego, że nie spotkały mnie jakieś nadzwyczajne przygody, a może też dlatego, że wszystko miałam zbyt dokładnie zaplanowane, więc nic mnie tam nie zaskoczyło i nic mnie nie zachwyciło. Może za mało tam widziałam? Odpuściłam zwiedzanie parków, w których niby "podgląda się" życie dzikich zwierząt. Safarii jeepami i pogoń za słoniami, które ze strachu przed człowiekem uciekają - to nie dla mnie. A przecież Sri Lanka jest taka malownicza i kolorowa prawda? A może to jej wina? Może z dystansem tak podchodzi do każdego turysty? Taka nieufna i ostrożna? A ma tyle wspaniałych rzeczy i miejsc do zaoferowania.
Przez pierwsze dni mojej podróży miałam gorączkę i bardzo źle się czułam. Już z Warszawy wyjechałam chora. Tak się męczyłam, że czasami już nie wiedziałam czy to gorączka, czy masakryczna wilgotność i wysoka temperatura powietrza. A może to zmiana czasu. Początki mojej podróży były, więc fatalne. Wszystko mnie wkurzało i drażniło. Nawet ta cała Sri Lanka mnie wkurzała. Do Kolombo przyleciałam późnym popołudniem. Na lotnisku wszystko jest tak idealnie oznaczone, że nie sposób się zgubić. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie stresowała się bagażem. Ale tym razem poważnie byłam zestresowana. Moja walizka z racji tego, że pewnie była jedną z pierwszych zapakowanych do samolotu (bo nadałam ją prawie 2 dni wcześniej w Warszawie) to na taśmie pojawiła się jako jedna z ostatnich. W głowie układałam już sobie rozmowę po angielsku o zagubionym bagażu, bo nawet nie wiedziałam jak jest „zagubiony” po angielsku, ale pewnie jakoś bym się dogadała. Pamiętam, że jak wyszłam z lotniska to tak pięknie pachniało, było tak zielono i śpiewały ptaki – cudownie! Pomyślałam wtedy, że to będzie piękny i egzotyczny urlop. Oczywiście na lotnisku od razu dorwał mnie jakiś naciągacz mówiąc, że jest kierowcą taxi, a wcale nim nie był. Już szłam z nim do samochodu i nagle zorientowałam się, że nie jest taksówkarzem, więc grzecznie mu podziękowałam i poszłam parę metrów dalej na dworzec autobusowy, z którego odjeżdżają autobusy do centrum Kolombo. Wpakowałam się do autobusu i ruszyłam w drogę. Jazda z lotniska do centrum trwała około 40 minut, cena biletu - 110 Rs – czyli niecałe 5 PLN. Dworzec autobusowy w Kolombo znajduje się przy wielkim miejskim bazarze z niesamowitym klimatem. Warto go odwiedzić. Wzięłam pierwszego lepszego tuk tuka i ruszyłam do swojego hotelu. Robiło się już ciemno, więc tylko przebrałam się i ruszyłam na wieczorne zwiedzanie miasta. Kolombo jest największym miastem Sri Lanki, a zarazem największym portem na Oceanie Indyjskim. Jest bardzo przemysłowe, biznesowe i handlowe. Mnie Kolombo nie zachwyciło, więc jeśli będziesz w tym mieście rano, to lepiej ruszaj w dalszą drogę, szkoda dnia, a nawet nocy na zwiedzanie tego wielkiego, bez klimatu miasta. Spacerowałam wieczorem ulicami Kolombo i pierwszy raz w życiu się bałam. Może dlatego, że po raz pierwszy miałam kolor „blond” na głowie, nie wiem, ale dziwnie się czułam. Na ulicach i na bazarze widziałam samych mężczyzn. Czułam się tak niepewnie, gdyż wyczuwałam na sobie wzrok prawie wszystkich facetów. Co niektórzy próbowali mnie zagadać, pytając skąd pochodzę, nawet im nie odpowiadałam, udawałam, że nie rozumiem po angielsku. Może ten strach był spowodowany tym, że to był mój pierwszy wieczór na Sri Lance, pierwsze chwile w nowym miejscu, nowym kraju, nowej kulturze i do tego jeszcze ta cholerna gorączka.
Z bazaru udałam się na słynną promenadę - Galle Face Green. Przy promenadzie było już trochę turystów i mieszkańców – zakochane pary i rodziny z dzieciakami. Spacer promenadą przy szumiącym oceanie był bardzo przyjemny. Po długiej podróży przed zasłużonym snem, miałam ogromną ochotę napić się zimnego piwa. Niestety z alkoholem na Sri Lance jest mały, a może nawet i duży problem. Nie jest on dostępny w zwykłych sklepach, czasami nawet nie ma go w restauracjach, więc zdobycie zimnego piwa, było nie lada wyzwaniem. A ja się tak dziwiłam stojąc przy swoim gate’cie, dlaczego każdy pasażer ma siatkę z alkoholem kupionym na strefie, nawet Lankijczycy mieli pełne siaty alkoholu. Wracając do mojego piwa w Kolombo - od jakiegoś pana dowiedziałam się, gdzie jest sklep z alkoholem. Mieścił się on na uboczu, w ciemnej uliczce, bez latarni. Gdybym powiedziała, że się nie bałam to bym skłamała, więc powiedzmy, że czułam się trochę podenerowana. Za drzwiami mały, śmierdzący, brudny sklepik i kilku podpitych, ale wesołych starszych panów. Na półkach mocne alkohole, ale raczej z tych tańszych. Na ladzie do samego sufitu zamontowane kraty, więc kupowało się przez małe okienko w tych kratach. Kupiłam piwo i opuściłam sklep. Klimat i cała sceneria tego miejsca, jakby ze szwedzkiego kryminału. Dla swojego spokoju, w głowie cały czas powtarzałam -  Sri Lanka jest jednym najbezpieczniejszych krajów na świecie. No i jest. Na pewno. 

Po nocy w Kolombo, z samego rana ruszyłam do Anuradhapury. Od tego miasta zaczyna się tak naprawdę moja podróż. Tuk tukiem udałam się na dworzec kolejowy Kolombo – Fort, z którego odjeżdżają pociągi chyba we wszystkich kierunkach. Na dworcu dużo ludzi i długie kolejki do kas, więc radzę bilet kupić dzień wcześniej lub być parę godzin wcześniej przed odjazdem pociągu. W pociągu nie było wolnych miejsc, więc musiałam usiąść na podłodze, na korytarzu. Na początku fajnie, bo to taka atrakcja, ale po 5 godzinach miałam już dość. Bolała mnie dupa i wszystkie możliwe stawy – no cóż, starość nie radość.  Obok mnie rozsiadła się przemiła rodzinka i ledwo ruszyliśmy, a już mnie zagadali. Wypytywali mnie o wszystko. Byli bardzo zdziwieni, że mam tyle lat i nie mam jeszcze męża i dzieci, bo u nich kobieta mając około 20 lat wychodzi już za maż. Podróż trwała chyba z 5 godzin. Dobrze, że przez całą drogę kręcą się sprzedawcy z różnymi przekąskami i napojami, więc przynajmniej człowiek nie jedzie głodny i spragniony. Podróż była bardzo męcząca. 





Wysiadłam z pociągu, wzięłam tuk tuka i poprosiłam, żeby zwiózł mnie do jakiegoś hotelu. Po negocjacjach, za pokój zapłaciłam chyba 1300 Rs. Kierowca tuka tuka namówił mnie, abym z nim zwiedziała to starożytne miasto, więc umówiliśmy się, że za godzinę po mnie przyjedzie. Za bardzo go nie rozumiałam, ale mówił coś, że z nim zapłacę mniej, bo nie będę musiała kupować głównego biletu za 2500 Rs, bo wjedziemy do tego kompleksu inną bramą. Nie pamiętam za ile mnie w końcu woził - 1500 Rs czy 2000 Rs – czyli około 50 PLN. Powiem tak, nie wiem czy mnie oszukał na tym, czy nie, być może to moja słaba znajomość angielskiego, albo słaby stan zdrowia, uniemożliwił mi trzeźwą kalkulację, ale w sumie za 50 PLN jeździłam sobie przez ponad godzinę zadaszonym tuk tukiem, kiedy inni turyści musieli spacerować albo jeździć na rowerach w tym pełnym słońcu. Dodatkowo zapłaciłam jeszcze jakieś grosze za dwa bilety wstępu do jakiś świątyń. Anuradhapura to dawna stolica Sri Lanki – i taki opis znajdziesz w przewodnikach. Pamiętaj tylko, że to jest „starożytna” stolica Sri Lanki, a więc zwiedza się starożytne miasto, głównie ruiny miasta i to na bardzo rozległym terenie. Zwiedzanie na piechotę, w taki upał jest bardzo męczące. Najlepiej wziąć tuk tuka z przewodnikiem, tak jak zrobiłam to ja. Jestem przekonana, że zwiedzanie samemu zajęłoby o wiele więcej czasu, bo nie wszystkie atrakcje są dobrze oznaczone, a odległości między niektórymi atrakcjami wynoszą nawet kilka kilometrów. Niektóre przewodniki proponują wypożyczenie rowerów, nie wiem czy to jest dobry pomysł. Widziałam niejedną grupę, pedałującą ostatkiem sił w tym upale i szczerze im współczułam. Anuradhapura jest pierwszą stolicą Sri Lanki i wpisana jest na listę UNESCO. Co tutaj jest takiego pięknego? Hmm… dla mnie nic.















Najważniejszym miejscem jest tu święte drzewo Maha Bodi liczące 2200 lat, pod którym Budda doznał oświecenia. Na terenie miasta znajdują się również 3 muzea oraz 3 kompleksy klasztorne, ruiny świątyń i pałaców, liczne stupy, cytadela i słynny kamień księżycowy z wizerunkami różnych zwierząt symbolizujących różne etapy życia człowieka od narodzin, aż po śmierć. Mnie jak zwykle nic tu nie zachwyciło i już po 15 minutach zwiedzania chciałam wracać do hotelu. To było chyba nawet nudne. Ale kierowca się starał i opowiadał o tych wszystkich miejscach, a ja i tak go nie rozumiałam i myślałam tylko o tym, żeby być jak najszybciej w łóżku. Wszędzie się zatrzymywał, nawet sam robił mi zdjęcia. A i najważniejsze. Chyba wyżej pisałam już o tym, że te pierwsze dni na Sri Lance chodziłam bardzo wkurzona. Wyobraź sobie, że zwiedzając tą Anuradhapurę poparzyłam sobie stopy! Tak, tak – poparzyłam sobie stopy! Ale byłam wkurzona. Co za urlop! Jeśli planujesz zwiedzać Anuradhapurę koniecznie weź ze sobą grube skarpetki, bo w butach nie możesz prawie nigdzie wejść, bo to tereny świątynne. A do większości świątyń trzeba przejść przez duży nagrzany od słońca plac. Ja nie byłam w stanie postawić na ziemi gołej stopy, tak parzyło. Czasami po ściągnięciu butów biegłam do najbliższego cienia, aby stamtąd pobiec do kolejnego. W końcu wkurzona, obowiązałam stopy, jedną - foliową siatką, a drugą - chustą, bo nie byłam w stanie chodzić po tej rozgrzanej ziemi. Miałam dość tej Anuradhapury i tego zwiedzania. O 16.00 wróciłam do hotelu i zasnęłam. Obudziłam się dopiero rano. Tak źle się czułam, że nie miałam nawet siły, żeby gdziekolwiek wyjść i coś zjeść. To był chyba najgorszy mój dzień na Sri Lance. Modliłam się, abym rano czuła się lepiej. I całe szczęście, że rano obudziłam się w lepszej formie - gotowa do podboju Sri Lanki. Tuk tukiem udałam się na dworzec, by autobusem pojechać do kolejnego miasta – Dambulla. Miałam szczęście, bo autobus czekał już na dworcu. 

W busie poznałam parę turystów z Kanady. Gdy powiedziałam im, że jestem z Polski – Eryc odpowiedział mi łamanym polskim, że jest Polakiem. Jego rodzice wyjechali z Polski w latach 80 – tych i on urodził się w Kanadzie. W domu rodzice mówią do niego po polsku. Wysiedliśmy razem w Dambulla i razem jednym tuk tukiem pojechaliśmy szukać hotelu. Byliśmy tak wszyscy zmęczeni podrożą, że wzięliśmy razem 1 duży 3 osobowy pokój za 2500 Rs. Ani im, ani mnie nie chciało się już jeździć i szukać innego noclegu. Tego samego dnia razem pojechaliśmy tuk tukiem zobaczyć położoną niedaleko Sirgiję. Na Lwią Skałę, bo tak nazywa się ta góra - nie wchodziliśmy, bo i oni i ja mieliśmy w planach wejść na górę obok - Pidurangala Rock z przepięknym widokiem na Sirgiję. Sama Sirgija robi wrażenie, ale ani przez chwilę nie żałowałam, że na nią nie weszłam. Sirgija to wielka skała, na której znajdują się ruiny kompleksów pałacowych, basenów oraz fontann. W skale, na dole znajduje się jaskinia z ciekawymi freskami, przedstawiającymi kobiety w negliżu, prawdopodobnie były to kochanki króla.









Podobno Sirgija to najważniejsze miejsce starożytnej Sri Lanki i chyba najbardziej popularne. Leży ona na terenie tzw. trójkąta kulturalnego – pomiędzy trzema dawnymi stolicami Sri Lanki – Anuradhapury, Polonnaruwy i Kandy. W obszarze tym, podobno znajduje się największa liczba zabytków na metr kwadratowy. Sirgija również wpisana jest na listę UNESCO. Dość sprawnie poszło nam wspinanie się na Pidurangala Rock, więc szybko wróciliśmy do hotelu i aby nie marnować czasu, udaliśmy się jeszcze tego samego dnia do Świątyni Rock Temple. To podobno najładniejszy i największy kompleks jaskiniowy związany z buddyzmem na Sri Lance. Mi się bardzo podobał. Świątynia naprawdę robi wrażenie. Chyba wracałam już do zdrowia, bo zaczęło mi się wszystko podobać. Nie wiem jak to się stało, ale minęliśmy kasy, nawet nie wiem gdzie one były, więc nie płaciliśmy wstępu. Najpierw mijamy nowo powstały kompleks świątynny z wielkim wizerunkiem Buddy. Znajduje się tu również muzeum buddyjskie. Idąc przez plac lewą stroną dochodzimy do schodów, które prowadzą do właściwej świątyni. Po drodze i na drodze mijamy małpy, jest ich tu mnóstwo!








Świątynia ta, to kompleks pięciu położnych obok siebie jaskiń, które kiedyś były zamieszkane przez mnichów. W każdej jaskini znajdują się najróżniejsze posągi Buddy oraz przepiękne freski na sufitach i ścianach. W sumie we wszystkich świątyniach jest ponad 150 posągów Buddy. Ze szczytu Dambulli widoczna jest Sigirjia oddalona o kilkadziesiąt kilometrów.










Po intensywnym dniu, udaliśmy się na dobre lankijskie curry do lokalnej knajpy przy głównej ulicy. Rano pożegnałam się z Erykiem i Danielle i ruszyłam do Polonnaruwy. Bardzo długo zastanawiałam się, czy tam jechać czy nie. To przecież podobne miasto jak Anuradhapura - też starożytne, też jakiś kompleks i też duży obszar. Chyba intuicja podpowiadała mi, aby tam jednak pojechać. Pojechałam. I okazało się, że to była dobra decyzja. Polonnaruwa jest tysiąc razy ładniejsza niż Anuradhapura. Nie miałam w planach zostawać w Polonnaruwa na noc, więc dogadałam się z facetem od tuk tuka, że plecak zostawię u niego w sklepie. Forma zwiedzania podobna do tej co w Anuradhapura – pani sobie siedzi wygodnie w tuk tuku, a pan panią wozi po kompleksie i opowiada o budowlach, a kiedy pani chce, to pan się zatrzymuje i nawet pan robi pani zdjęcie. Klient płaci, to klient wygodę ma. Polonnaruwa to druga stolica Sri Lanki i również znajduje się na liście UNESCO. Na obszarze kompleksu możemy zobaczyć muzeum, świątynię w hinduistycznym stylu, Vatadage – piękną okrągłą świątynię z 4 posągami Buddy, świątynie Zęba Buddy, wielką kamienną księgę, mieszkania mnichów etc. Tylko pamiętaj, że to głównie same ruiny! Na samym końcu zwiedziłam świątynię Gal Vihara z wielkimi czterema posagami Buddy, wykutymi w skale. W kompleksie jest jeszcze mała świątynia Penisa Siwy oraz basen w kształcie kwiatu lotosu.































Zdecydowanie bardziej polecam Polonnaruwę niż Anuradhapurę. Po zwiedzaniu zabrałam plecak ze sklepu i po przeciwnej stronie drogi, stanęłam na przystanku. Zaraz podjechał mój autobus i ruszyłam do kolejnego miasta – Kandy. Warto dodać, że jazda busami czy autobusami na Sri Lance jest niesamowitym i ekstremalnym przeżyciem. U nas zazwyczaj autobusy się wyprzedza, bo jadą wolniej niż my. Na Sri Lance jest na odwrót – autobusy jeżdżą najszybciej i wyprzedzają wszystkich! A najczęściej jadą sobie środkiem drogi – czyli ani nie prawym, ani nie lewym pasem. Są w trakcie takiego ciągłego wyprzedzenia i samochody jadące z naprzeciwka muszą zjeżdżać na bok, albo nawet muszą się zatrzymać, bo ich pasem lub środkiem drogi jedzie autobus. Polecam usiąść z przodu.
Po 3 godzinach takiej ekstremalnej jazdy, późnym popołudniem dotarłam do Kandy. Nie chciało mi się siedzieć w hotelu, więc wybrałam się na wieczorny spacer po mieście. Przechodziłam obok świątyni Zęba Buddy i okazało się, że była jeszcze otwarta, bo odbywała się w niej ceremonia odsłonięcia relikwii Zęba. Świątynia ta jest najważniejszym miejscem pielgrzymek na Sri Lance. Znajduje się w niej Ząb Buddy przywieziony przez księżniczkę Hemamali z Indii w IV w.n.e. Przed wejściem do Świątyni należy poddać się kontroli, należy ściągnąć buty i mieć stosowny strój.







W kompleksie możemy zobaczyć muzeum narodowe, pałac królowej, bibliotekę, muzeum słonia Raja, hinduistyczne Świątynie Wisznu i bogini Pattini oraz świątynię Natta. Jeśli będziecie mieli okazję, to zobaczcie też świątynie wieczorem – jest pięknie oświetlona. W świątyni było strasznie dużo ludzi. Wszyscy ubrani na biało z darami w rękach. Turystów niestety też było dużo. Niesamowity klimat. Na dole w świątyni kilku mężczyzn uderzało rytmicznie w bębny, a na piętrze wierni modlili się i czekali w kolejce na odsłonięcie relikwii. Oczywiście stanęłam z wiernymi, aby zobaczyć tego zęba. Stałam chyba z godzinę, bo myślałam, że warto. Nie, nie warto! Dla Buddystów to na pewno wielkie przeżycie, dla turysty – niekoniecznie. 










Sam kompleks bardzo przyjemnie się zwiedza. Niedaleko głównej świątyni jest zadaszone i oszklone miejsce gdzie wierni mogą zapalić oliwne lampki. Wieczorem, jest tu niesamowity klimat. W Kandy chciałam zobaczyć tylko tą świątynie, samo miasto nie było jakoś bardzo intersujące, mimo, że w środku miasta, przy świątyni jest małe jeziorko. Skoro świątynie zobaczyłam wieczorem, to postanowiłam rano ruszyć dalej. Przede mną najważniejsza i największa atrakcja Sri Lanki – przejazd pociągiem na trasie z Kandy do Nuwara Eliya, a dokładniej do małej miejscowości Nanu Oya, która jest bardzo blisko Nuwara Eliya. Na dworcu oczywiście tłumy. Największa grupa turystów oczekiwała na ten sam pociąg co ja. Pamiętaj, że warto kupić bilet na pierwszą klasę. Wagony w pierwszej klasie mają panoramiczne okna, dzięki temu można podziwiać piękne widoki w całej ich okazałości. W dniu mojego wyjazdu biletów na pierwszą klasę już nie było, więc należy kupić je parę dni wcześniej. Aby zdobyć miejsce przy oknie, kiedy cały tłum wpychał się do pociągu – skorzystałam ze swojego sprytu i pamięci. Wrzuciłam przez otwarte okno plecak na jedno z miejsc przy oknie. Widziałam tylko jak inni przechodzili koło tego miejsca i chcieli usiąść, a ja stojąc na peronie, przez otwarte okno mówiłam z lekkim uśmiechem – sorry, to moje miejsce. Dopiero jak wszyscy zajęli już swoje miejsca, weszłam na spokojnie do pociągu i usiadłam na moim miejscu przy oknie. Sposób ten pamiętam jeszcze z dzieciństwa, kiedy jako mała dziewczyna podróżowałam z rodzicami pociągami. Nieraz ojciec, aby zająć nam miejsce wrzucał torby przez okno. Mało tego – czasami mnie i moją siostrę podawał komuś przez okno, aby zająć już nam miejsca. Pamiętacie te czasy? Trasa faktycznie przepiękna, bajeczna i malownicza. Powiedziałabym nawet, że to taki kolejny cud natury. Wszyscy siedzieli z nosami w oknach, wszyscy robili zdjęcia, przez całą drogę, przez 3 godziny. 


















Odległość z dworca do miasta to jakieś 10 km. Zabrałam się z parą Niemców jednym tuk tukiem chyba za 200 Rs. Można podjechać też autobusem z przystanku, który jest parę metrów od stacji, na głównej drodze. Wspólnie z Niemcami szukałam pokoju. Wszędzie było jakoś drogo. Pokoje brzydkie, a ceny wysokie. W jednym pensjonacie usłyszałam – „Tu jest Nuwara Eliya, więc tu musi być drogo”! ok, rozumiem, trudno. Rozstałam się z Niemcami, bo oni chcieli bardzo, ale to bardzo tani pokój - typowi backpackerzy. Znalazłam jakiś fajny pokój za w miarę rozsądną cenę. Planowałam zostać w tym mieście 2-3 dni, jeździć skuterem i cieszyć z przepięknych okolic. Jednak po tym co usłyszałam, że tu musi być drogo, przecież to najpiękniejsza miejscowość na Sri Lance, pomyślałam sobie – a w d… Was mam, nie zostaję tu dłużej i jadę dalej. Nuwara Eliya jest niedużą miejscowością położoną wśród wzgórz i plantacji herbaty. Została założona przez Brytyjczyków na wzór typowej angielskiej wsi, dlatego często nazywana jest "Mała Anglia". Położona na wysokości 1900 metrów nad poziomem morza, co czyni Nuwara Eliya najwyżej położonym miastem na Sri Lance. Wieczorem wybrałam się na spacer po mieście – w mieście nic ciekawego nie ma - Grand Hotel dawna siedziba gubernatora, budynek poczty zbudowany w stylu Tudorów, Victoria Park, jezioro Gregory, tor wyścigów konnych, lokalny bazar i za miastem podobno pole golfowe. Rano wsiadłam w pociąg i pojechałam do Ella, ale decyzja o pokonaniu tej trasy pociągiem, była najgorszą decyzją jaką podjęłam na Sri Lance. A dlaczego? Dowiesz się z kolejnej części relacji, którą znajdziesz tutaj. A w niej Ella, Haputale, Mirrisa, Unawatuna, Galle oraz Hikkaduwa.

A jeśli planujesz podróż na Sri Lankę, konieczne zerknij na post o cenach, noclegach i komunikacji, który znajdziesz tutaj oraz na post o biletach, wizie i ubezpieczeniu, który jest tutaj.
Jeśli podobał Ci się ten post możesz zostawić komentarz na dole strony. Możesz również śledzić mnie na FB - wystarczy, że klikniesz "lubię to", które jest poniżej lub na Instagramie i G+ ikonki znajdują się u góry, po prawej stronie. Dziekuję.




Podobne

5 komentarze

  1. Dzięki za wskazówki:-)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę smutno wygląda ta relacja jak na tę chwilę. Jakby Sri Lanka niekoniecznie była strzałem w dziesiątkę. Pamiętam relacje z Kuby. Zupełnie inaczej się czytało. Mam nadzieję, że druga część będzie bardziej .....wesoła, szczęśliwsza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hmm, chyba ta Kuba jednak była najlepsza, kolejne cześci będą już weselsze, ale ... no właśnie... czegoś zabrakło na tej Sri Lance.

      Usuń
    2. Byłam w styczniu tego roku i potwierdzam. ROZCZAROWANIE! Atrakcje naciągane, turysta płaci wszędzie i za wszystko, po prostu zdziera się z niego kasę, jedzenie bbblllleeee, plaże: widziałam piękniejsze. Niestety wszystkie hotele przy plaży prześmierdnięte grzybem po tsunami. Biorąc pod uwagę ceny biletów lotniczych i ceny na miejscu NIE POLECAM!

      Usuń

NEWSLETTER

Jeśli nie chcesz przeoczyć żadnego nowego wpisu - zostaw swój adres!

polecany post

mapa

mapa