, ,

Tu byłam naprawdę szczęśliwa - dlaczego zjadłam żabę? i czy długie szyje mają naprawdę długie szyje?

1/07/2016

Upragniona północna Tajlandia, ta prawdziwa, ta najmniej turystyczna. Do Chiang Mai przeleciałam wew. lotem. Z Bangkoku można też jechać całą noc pociągiem. Tanie bilety na 3 wewnętrzne loty kupiłam jeszcze w Polsce w Air Asia.
Z lotniska w Chiang Mai pojechałam taksówką za około 150 Baht do zarezerwowanego pokoju w Walkinn Guesthouse 2. Bardzo przyjemny hostel z paroma pokojami na jednej z uliczek starego miasta.Chiang Mai to urocze miasteczko na północy Tajlandii, nazywane przez mieszańców Różą Północy. Mi jakoś specjalnie kwiaty i ogrody nie rzuciły się w oczy, ale skoro mieszkańcy tak uważają, to oczywiście mają rację. Chiang Mai ma bardzo wiele do zaoferowania turystom - ruiny dawnych buddyjskich świątyń, malownicze górskie krajobrazy, parki i jaskinie, gorące źródła, piękne wodospady a w dolinach wśród lasów dżungli - wioski górskich plemion. Do innych atrakcji należą np. wyprawa przez dżunglę na grzbiecie słonia, wizyta w fabryce jedwabiu lub parasolek czy też głaskanie tygrysa po czuprynie w ośrodku Tiger Kingdom. Ja nie skorzystałam z tych wszystkich atrakcji. Nie chciałam wypożyczać tutaj skutera, więc zwiedziłam tylko samo miasteczko. Kocham zwierzęta, ale uwielbiam je oglądać na wolności – pod wodą czy na lądzie. Po przeczytaniu kilku artykułów na temat tego ośrodka, postanowiłam nie dokładać ani złotówki do tego chorego biznesu. Tygrysy tam dlatego są takie łagodne i turyści mogą sobie robić z nimi zdjęcia i ciągnąć je za ogony - bo są nafaszerowane narkotykami. Też marzyłam o zdjęciu z tygrysem, ale czy on chciałaby tego samego? Kolejnego w ciągu dnia zdjęcia z naiwnym turystą, który dorzucił się do porcji przymulającego narkotyku. Decyzję pozostawiam Wam. Bądźcie rozsądni w swoich podróżach.


Chiang Mai 
Chiang Mai
Chiang Mai
Chiang Mai
Kadzidła Chiang Mai
uczennice w Chiang Mai
Chiang Mai
Chiang Mai
Chiang Mai
Stare Miasto w Chiang Mai otoczone jest murami i można się do niego dostać przez 5 wielkich bram skierowanych w różne strony świata. Za murami zwiedzimy piękne świątynie, odpoczniemy przy filiżance kawy w zacienionej kawiarence a pamiątki kupimy na rozstawionych wzdłuż ulic straganach. Wewnątrz murów starego miasta znajdziemy 3 główne świątynie - Wat Phra Sing, Wat Chiang Man, Wat Chedi Luang. Kilka ładnych świątyń jest też poza murami miasta a w całym Chiang Mai jest ich ponad 300.
w świątyni w Chiang Mai


Chiang Mai
Chiang Mai
Chiang Mai
Chiang Mai
Mnich w stanie nirwany ? Chiang Mai
smoki Chiang Mai
świątynia Chiang Mai
posąg Buddy w Chiang Mai
Wat Chedi Luang w Chiang Mai 
świątynia w Chiang Mai 
Będąc w jednej świątyni przeżyłam coś fajnego. Niestety byłam pod takim wrażeniem, że zapomniałam zapisać jej nazwę. To była chyba jedna z brzydszych świątyń jakie widziałam, ale było w niej coś magicznego. Gdy do niej weszłam usłyszałam muzykę, taką religijną, medytacyjną, modlitwę... ależ to było piękne. Weszłam i chciałam tam być jak najdłużej. Usiadałam sobie na krześle i wsłuchiwałam się w muzykę. Turyści wchodzili i wychodzili, a obok mnie krzątali się młodzi mnisi, którzy odkurzali, sprzątali i się wygłupiali. Ja sobie siedziałam i słuchałam. W świątyni był też jeden starszy mnich. Po jakimś czasie zauważył, że długo już tam jestem i gestem pokazał mi, że mam się pomodlić. Również gestem pokazałam mu, że „nie potrafię i nie wiem jak”. Był parę metrów ode mnie i za bardzo nie mogłam nawiązać rozmowy. Nie wiedziałam też czy mogę tak sobie porostu podejść i się przedstawić i porozmawiać. W każdym razie mnich pokazał mi jak mam uklęknąć, jak i ile razy się pochylić. Zrobiłam to samo co mi pokazał, mało tego, wziął ode mnie aparat i zrobił mi zdjęcie. Powiem szczerze, że dziwnie się poczułam, gdy byłam tak pochylona. Przez te parę minut przeżyłam coś duchowego, magicznego i emocjonalnego, zbyt osobiste, żeby o tym tu napisać. Nie, nie, nie oświeciło mnie. Kupiłam w tej świątyni bransoletkę z czerwonego sznurka z metalowymi elementami. Mnich pomógł mi ją zawiązać na prawym nadgarstku. Podziękowałam i wyszłam. Spędziłam w tej świątyni chyba z godzinę. Magiczną godzinę. Gdy wyszłam to już nie miałam ochoty biegać z aparatem i robić zdjęć, więc sobie tylko spacerowałam i podziwiałam okolice, bez pośpiechu, nie patrząc na zegarek i plan dnia.



młodzi mnisi w świątyni w Chiang Mai 
sprzątanie w świątyni w Chiang Mai 
w świątyni w Chiang Mai 
Wieczorem odbyła się uroczysta inauguracja festiwalu Loy Krathong, bardzo popularnego święta w Tajlandii. Loy Krathong obchodzony jest podczas pełni księżyca w dwunastym miesiącu lunarnym, który wypada w listopadzie. Uroczystości odbywają się głównie w dużych miastach, w których są rzeki i jeziora. Przez kolejne noce po pełni księżyca mieszkańcy puszczają na wodę różne łódki – krathong, zrobione z drzewa bananowca, z zewnątrz udekorowane kwiatami, a w środku kadzidłami, pieniędzmi i świeczkami. Na ulicach tego dnia było pełno straganów z tymi łódkami – najróżniejsze ale wszystkie piękne, robione ręcznie na miejscu przez Tajki. Kupiłam też jedną dla siebie. Przepiękny korowód przeszedł ulicami miasta, aż do rzeki przy której wszyscy rozeszli się aby puścić swoje łódki. Kolejnym obrzędem jest puszczanie do nieba lampionów napełnionych powietrzem - khom loy. W ten symboliczny sposób mieszkańcy uwalniają się od pecha, przepraszają za złe uczynki i proszą o następny dobry rok! Loy Krathong był w planach, ale to co tu zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania! Było bajecznie, magicznie i kolorowo! Przepiękna parada, muzyka, tłumy turystów, sztuczne ognie, tysiące lampionów na niebie i setki najróżniejszych łódek na wodzie, z których było widać tylko blask świeczek...magia! Było to jedno z najpiękniejszych świąt jakie w życiu przeżyłam i jeden z piękniejszych moich wieczorów. 

Loy Krathong w Chiang Mai Tajlandia
Loy Krathong w Chiang Mai Tajlandia
Loy Krathong w Chiang Mai Tajlandia
Loy Krathong w Chiang Mai Tajlandia
Loy Krathong w Chiang Mai Tajlandia
Loy Krathong w Chiang Mai Tajlandia
Loy Krathong w Chiang Mai Tajlandia
Loy Krathong w Chiang Mai Tajlandia
Loy Krathong w Chiang Mai Tajlandia
Kolejnego dnia pojechałam do Wat Phrathat Doi Suthep. Świątynia ta oddalona jest od miasta około 15km. Wat Phrathat Doi Suthep uważana jest za jedną z najwspanialszych świątyń Chiang Mai. Dla Tajów jest również jednym z najświętszych obiektów religijnych. Kompleks świątynny mieści się na wzgórzu Doi Suthep, z którego rozciąga się wspaniały widok na panoramę okolicy. Przystanek z którego kursują czerwone pick-upy znajduje się przy jednej z bram starego miasta. Busy odjeżdżają co 30-40 minut, ale tylko wtedy gdy zbierze się odpowiednia liczba turystów. Cena biletu w dwie strony około 100 Bath. 
Do świątyni prowadzą wspaniałe, ozdobne schody liczące około 360 stopni. Jednak ja na górę wjechałam kolejką, za jakieś małe pieniądze. Sam kompleks jest na prawdę bardzo ładny, dużo złoceń i kolorów, liczne posągi Buddy, jednak dzikie tłumy, przeszkadzały mi w duchowym podziwianiu tego miejsca, więc jak najszybciej ogarnęłam zwiedzanie. Niestety Doi Suthep jest bardzo popularne wśród turystów, więc zamiast podziwiać świątynie, podziwiałam turystów z całego świata. Po zejściu schodami do drogi głównej wpadamy od razu na liczne stragany z pamiątkami i jedzeniem. Nie ma problemu z powrotem do Chiang Mai – czerwone pick-upy czekają na turystów zaparkowane jeden przy drugim. Schodząc tymi schodami zauważyłam pewną parę – on dojrzały, starszy, pewnie zamożny, z siwym włosami, ona drobniutka i bardzo młoda Tajka. Szli za rękę. Taki widok w Tajlandii jest na porządku dziennym. Nikt się nie dziwi, że młode Tajki romansują z bogatymi starszymi turystami – pewnie każda ma nadzieję, że kiedyś zostanie jego żoną i opuści Tajlandię. Chyba zbyt romantycznie podeszłam do tego. Prawda jest pewnie taka, że to jest jedna z form tutejszej „sex - turystyki”. Ehhh.

Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Świątynia Doi Suthep w Chiang Mai Tajlandia
Po całym dniu zwiedzania późnym wieczorem wybrałam się na słynny Nocny Bazar mieszczący się przy ulicy Thanon Chang. Można kupić tu wszystko od oryginalnych rękodzieł z jedwabiu, srebra, drewna, aż po tandetę z Chin. Można tu również dobrze i tanio zjeść. Ceny są najniższe w całej Tajlandii, oczywiście jak potrafi się dobrze negocjować. Bez umiejętność targowania nie warto tu przyjeżdżać. To raj dla straganowych negocjacji i niesamowita zabawa. Często cena proponowana na początku jest o 100% wyższa niż dany towar jest wart, więc chcąc nie chcąc i tak będziemy się targować.

Nocny Bazar Chiang Mai Tajlandia
Nocny Bazar Chiang Mai Tajlandia
Wieczorem dopadło mnie jakieś choróbsko. Miałam drgawki, na przemian uderzenia ciepła i zimna, gorączka, biegunka. Leżałam na łóżku i trzęsłam się z zimna a ciało oblane miałam potem. Martwiałam się. Napisałam do siostry. Odpisała, że najprawdopodobniej się czymś zatrułam. Uspokoiłam się tylko na trochę, bo po głowie i tak krążyła mi malaria i inne takie. (W północnej Tajlandii występuje zagrożenie Malarią, im bliżej granicy z Birmą tym większe zagrożenie) Męczyłam się tak parę godzin, ale w końcu mi przeszło, przeżyłam i żyję do dziś. 
Rano ruszyłam do kolejnego miasteczka o nazwie Pai. Malownicza, górska trzygodzinna trasa przez dżunglę, jednak nie należała do najprzyjemniejszych. Taką drogą chyba jeszcze nigdy nie jechałam. Zakręt w prawo, zakręt w lewo, w górę i w dół, zakręt w lewo i zakręt w prawo, pod górę, zakręt w lewo, z góry, zakręt w prawo i zakręt w lewo…Myślałam, że zwariuję albo z wymiotuję.

Mnich droga busem do Pai 
Kręte drogi na trasie Chiang Mai - Pai - Mae Hong Son

Miasteczko cudowne i bardzo malutkie! Super chilloutowa atmosfera, klimatyczne małe knajpki, herbaciarnie i tanie, dobre jedzenie. Tu czas płynie wolniej. Dopiero wieczorami miasteczko budziło się do życia. Na ulicach pojawiały się stragany z oryginalnymi pamiątkami, otwierały się wszystkie knajpki i kawiarnie. Tak właśnie wyobrażałam sobie miasteczka na północy Tajlandii. Jeśli ktoś zastawia się, czy tu przyjechać, to podpowiadam – tak, oczywiście. Cała okolica porośnięta jest dżunglą, głównie lasami bambusowymi. To bez wątpienia jeden z najbardziej malowniczych regionów Tajlandii. Jest naprawdę bajecznie.

uliczka w Pai
Pai
Pai
Pai
Pai
Pai
Pai
przekąski - owoce morza w Pai
Pai
przekąski insekty w Pai
Pai
Pai
Bez problemu znalazłam nocleg, za który zapłaciłam chyba 200 Baht a za skuter zapłaciłam jakieś 150 Bath za dzień. Pierwszy raz w życiu jeździłam na skuterze. W ciągu paru minut nauczyłam się jego obsługi, a potem kask na głowę i już byłam gotowa do drogi w ruchu lewostronnym. Skuter jest najlepszą formą zwiedzania Tajlandii. Strasznie mi się podobało, cieszyłam się jak dziecko. 
Pierwszym punktem mojej wycieczki była mała chińska wioska Santichon Niestety w Tajlandii mało już jest prawdziwych, takich realnych miejsc. Wszędzie gdzie docierają turyści rozwija się biznes turystyczny, również tutaj, więc ta wioska była taką „chińska podróbką". Kolejna atrakcją był o ile dobrze pamiętam punkt widokowy, do którego wysyłają wszystkich turystów. Po drodze minęłam wodospad Mor Peang. Powiem szczerze, że to czy zobaczę wodospad czy jakąś świątynię, nie miało chyba dla mnie aż takiego znaczenia. Aby wodospad mógł zrobić na mnie wrażenie, musiałby mieć chyba z 500 metrów wysokości! Być może jestem wymagająca, być może wiele już widziałam i dlatego mały wodospad nie robi na mnie już wrażenia. Wodospad jak wodospad. Skała i woda. Natomiast samo poruszanie się po tych okolicach na skuterze było chyba największym przeżyciem. Planując przyjazd na północ miałam tylko w głowie jeden cel – górskie wioski plemion. Dużo o nich czytałam i bardzo chciałam je zobaczyć. Tak bardzo, jak bardzo zależało mi na rekinie na Similanach. Wiedziałam, że można, że się da, nawet samemu na skuterze. Poszukiwanie plemion miałam zaplanowane w Mae Hong Son, ale będąc w Pai miałam cichą nadzieję, że może przypadkiem przejadę gdzieś po drodze obok takiej wioski.

Wodospad Mor Peang w Pai
Motyl w Pai 
chińska wioska w Pai 
okolice Pai 
Punkt widokowy okolice Pai 
Niestety, wszyscy których się pytałam o te wioski, nie byli w stanie mi powiedzieć gdzie mam jechać żeby tam trafić. Mówili, że skuterem tam nie dojadę, że to daleko itd. Już sama nie wiedziałam czy mnie okłamują czy mówią prawdę. Oczywiście namawiali mnie na kupno wycieczki z przewodnikiem. Być może tutaj mogłaby to być najlepsza opcja, ale ja tak bardzo nie lubię takich zorganizowanych wycieczek, więc pozostałam przy opcji – Mi się uda! Tego dnia odpuściłam sobie szukanie plemion i od rana do wieczora jeździłam po okolicy. To był bardzo fajny dzień. Trasa zgodna z mapką jaką dostałam w wypożyczalni. Taką trasę robią chyba tutaj wszyscy turyści. Z kilkoma turystami spotykaliśmy się przy każdej kolejnej atrakcji albo mijaliśmy się na drodze. Najpierw pojechałam do gorących źródeł Tha Pai. Znowu dramat - 2 wielkie kałuże z gorącą wodą na skraju lasu. Wstęp płatny, więc nawet nie płaciłam i odjechałam. Kolejny punkt to Kanion. Czytając w przewodnikach o kanionie, człowiek sobie myśli – kanion, wieki kanion, piękny wielki kanion… no i znowu rozczarowanie. Wielki kanion to nie był, ale na pewno ładniejsze miejsce niż te źródła. Po drodze znowu jakiś nudny wodospad i jakieś schronisko ze słoniami. Wszystkie te atrakcje nie powaliły mnie, więc żądna wrażeń odbiłam gdzieś w boczną drogę.
Mapa z wypożyczalni skuterów w Pai 
słoń w Pai 
na grzbiecie słonia w Pai 
Kanion w Pai 
tradycyjne nakrycie głowy plemienia Lisu w Pai 
dziewczynka z plemienia Lisu w Pai
skuter w Pai
piękne okolice Pai 
Rolnik na polu ryżowym w Pai
Piękna okolica Pai
Piękna okolica Pai
Dojechałam do jakiejś wioski, być może była to wioska plemiona Lisu. Chyba przestało to mieć już dla mnie znaczenie. Zaparkowałam skuter i udałam się na spacer po wiosce. Mieszkańcy uśmiechali się do mnie, ale byli bardzo nieufni, nie podobało im się chyba to, że tam jestem. Widziałam kilka kobiet ubranych w charakterystyczne stroje i nakrycia głowy. Jednak nie mogłam robić im zdjęć. Źle się z tym czułam. Czułam, że coś im kradnę. To była ich enklawa. Bez turystów. Zrobiłam chyba tylko z 2-3 zdjęcia. Nie chciałam więcej. Gdy przechodziłam obok jednego domu zobaczyłam trójkę dzieciaków jak bawiły się na metalowym wózku. Podeszłam do nich a one chyba bardziej zainteresowały się mną niż ja nimi. Popisywały się, biegały uśmiechnięte od ucha do ucha. Obok siedziała ich mama i szyła coś na maszynie. Gestem zapytałam czy mogę zrobić jej dzieciakom zdjęcia. Była bardzo miła. Pozwoliła mi wejść do ich „gospody”. Chwilę pobawiłam się z tymi maluchami, pokazałam zdjęcia, które im zrobiłam, a później z plecaka wyciągnęłam wafelki i za zgodą mamy im dałam.
Kobieta z plemienia Lisu Pai Tajlandia 
dziewczynka z plemienia Lisu Pai Tajlandia
dzieciaki z plemienia Lisu Pai Tajlandia
dom rodziny z plemienia Lisu Pai Tajlandia
dom rodziny z plemienia Lisu Pai Tajlandia
dzieciaki z plemienia Lisu Pai Tajlandia
kobieta z plemienia Lisu z turbanem na głowie w Pai Tajlandia
Tego dnia jeździłam już tak bez celu, bez mapy, tak żeby pozwiedzać okolice i trafiłam znowu do jakiejś wioski. Zauważyłam, że przed jedną chałupką siedzi kilka kobiet i przesiewa coś przez duże sita – to był czosnek. Zapytałam czy mogę podejść i zrobić zdjęcie. Z tymi kobietami to było wesoło. Pozwoliły mi się przysiąść i pokazały jak prawidłowo przesiewać czosnek. Uczyłam się ich imion na pamięć, nie mogłam ich wymówić a one się śmiały. Moje imię powiedziały bez problemu. Poczęstowałam ich swoimi papierosami. Paliłam wtedy cienkie mentolowe papierosy – one takich nigdy nie paliły i bardzo im smakowały, a mnie poczęstowały swoim skręconym z jakiegoś liścia. Było śmiesznie, bo one nie znały angielskiego a ja tajskiego. To był fajny dzień, pełen wrażeń.
kobieta z plemienia Lisu odpala "slima" w Pai Tajlandia
cudowne kobiety  plemienia Lisu w Pai Tajlandia
podróże kształcą z kobietami z plemienia Lisu w Pai Tajlandia
cudowne kobiety z plemienia Lisu w Pai Tajlandia
Kolejnego dnia wybrałam się do jeszcze innej miejscowości, jeszcze dalej na północ, jeszcze bardziej w góry - Mae Hong Son. Znowu bus i znowu trasa pełna zakrętów. Do Mae Hong Son można dojechać busem z Chiang Mai (7-8 godzin) albo Pai około 3 godzin. Wysiadłam na dworcu i od razu zagadał mnie jakiś taksówkarz i na skuterze zawiózł mnie na główną ulicę tuż przy jeziorze. Bez problemu zaraz znalazłam tam nocleg za 150 Bath. Spokojne, ciche miasteczko, jakby nie było tu w ogóle turystów. 
Miasteczko nie jest aż tak urocze i komercyjne jak Pai, ale ma swój taki surowy tajski klimat, bo nie ma prawie wcale turystów. Większość trustów swoją podróż kończy na Pai, więc tu było najbardziej „tajsko” z całej mojej wprawy. Miasteczko położone jest wśród gór, a w centrum miasteczka znajduje się małe jeziorko, przy którym wieczorami spacerują mieszkańcy i turyści przechadzającą się pomiędzy rozstawionymi straganami z pamiątkami i jedzeniem. Przy jeziorze znajduje się najważniejsza chyba świątynia w Mae Hong Son - Wat Chong Klang. Wieczorem pięknie oświetlona, odbija swój blask w tafli jeziora, wyglądało to bajecznie. Świątynie w Mae Hong Son są inne niż te w pozostałych regionach Tajlandii. Widać tu znaczny wpływ architektury i kultury birmańskiej, bo do granicy z Birmą jest około 10-15 km.

świątynia Wat Chong Klang w Mae Hong Son
świątynia Wat Chong Klang w Mae Hong Son
Mae Hong Son
Mae Hong Son
ulica w Mae Hong Son
tradycyjne pamiątki plemienia Akha
w Mae Hong Son
Tajski uśmiech w Mae Hong Son
 Lisu, Lahu, Kayan i Tai Yai - górskie plemiona mieszkające w okolicach Mae Hong Son
Wypożyczyłam skuter. Tego dnia miałam w planach zobaczyć wioskę plemiona Karen czyli tzw. „Długie szyje” . Wiedziałam, że to będzie komercyjnie miejsce, ale nie wiedziałam, że aż tak. Wstęp do wioski kosztował 250 Bath. To taki „żywy” skansen. Wydzielona ścieżka do chodzenia, wokół niej stargany i przebrane kobiety sprzedające pamiątki. Ubrane ładnie, tradycyjnie, w piękne stroje z obręczami na szyjach. Dla kolorowych pamiątkowych zdjęć – idealne miejsce. Kobiety chętnie pozowały do zdjęć, ubierały turystów w swoje stroje, ale za to chciały aby coś u nich kupić. Przeczytałam u kogoś na blogu przygotowując się do wyjazdu, że to takie ludzkie zoo i takie też miałam wrażenie. Jedyne wytłumaczenie to zarobek. To ich praca. Zrobiłam kilka zdjęć i jak najszybciej uciekłam z stamtąd.

kobieta z plemienia Karen / Kajan "długie szyje"
w Mae Hong Son
kobieta z plemienia Karen / Kajan "długie szyje"
w Mae Hong Son
kobieta z plemienia Karen / Kajan "długie szyje"
w Mae Hong Son
Plemię Karen jest podobno najbardziej znanym i „medialnym” plemieniem na Ziemi. Nazwa się je „długim szyjami” lub „żyrafami” bo na szyjach noszą metalowe obręcze. Obręcze zakłada się już małym dziewczynkom. Jedna z legend głosi, że metalowe obręcze, miały zapobiec śmierci przy ataku tygrysa, który zazwyczaj swoje ofiary atakuje wbijając się im w szyje. Druga legenda głosi, że mężowie Karen, z zazdrości i troski o swoje kobiety kazali nosić im takie obręcze, aby mężczyźni z innych wiosek się nimi nie interesowali. Według naukowców takie obręcze absolutnie nie mają wpływu na kości, kręgosłup czy szyje. I co ciekawe, badania dowiodły, że długość szyi wcale się nie powiększa i jest taka sama jak u każdego z nas. Wycieczka do rezerwatu z lokalnym biurem kosztuje ok. 1200 Bath. Ja jednak polecam skuter i zwiedzanie na własną rękę. 

kobieta z plemienia Karen / Kajan "długie szyje"
w Mae Hong Son
kobieta z plemienia Karen / Kajan "długie szyje"
w Mae Hong Son
kobieta z plemienia Karen / Kajan "długie szyje"
w Mae Hong Son
w wiosce plemienia Karen / Kajan "długie szyje"
w Mae Hong Son
Kolejnego dnia przejażdżka w drugim kierunku. Pojechałam do gorących źródeł – oczywiście znowu nic ciekawego, ale lepsze niż te w Pai. Tak się zastanawiam kto w taki upał kąpie się w tych źródłach? I znowu zrezygnowana, że nic ciekawego nie ma do zwiedzania, zjechałam z głównej drogi i pojechałam znowu przed siebie, z nadzieją, że znajdę jakieś prawdziwe wioski plemion. Okolica przepiękna. Piękne krajobrazy, zapach cytrusów w dżungli, którego nigdy nie zapomnę, szerokie zielone pola ryżu na stokach gór, górskie strumyki, przez które musiałam przedostać się skuterem i latające wokół mnie motyle – przepiękne, wielkie, kolorowe. To było dla mnie cudowne przeżycie, a nie jakiś tam wodospady! Kiedy tak jechałam na skuterze przez dżunglę i wkoło mnie latały te wielkie motyle, powiedziałam sobie na głos „Ale jestem szczęśliwa tu, teraz, na końcu świata”.

gorące źródła w okolicach Mae Hong Son
przeprawa skuterem przez strumyk górski w okolicach Mae Hong Son
okolice Mae Hong Son
przepiękny górski krajobraz  w okolicach Mae Hong Son
przepiękny górski krajobraz  w okolicach Mae Hong Son
droga przez dżungle w okolicach Mae Hong Son
rolnicy na polu ryżowym w okolicach Mae Hong Son
przepiękny górski krajobraz  w okolicach Mae Hong Son
przepiękny krajobraz  w okolicach Mae Hong Son
pole ryżowe w okolicach Mae Hong Son
przepiękny krajobraz pola ryżowe w okolicach Mae Hong Son
W pewnym momencie zauważyłam pracującą w polu ryżowym rodzinę. Podeszłam bliżej, zapytałam tzn. pokazałam czy mogę zrobić zdjęcia, zgodzili się i tak przykucnęłam i ich obserwowałam. Akurat trafiłam na ich przerwę obiadową. Zaprosili mnie do siebie, pod szopę, która stała na polu. W niej gospodyni na ognisku gotowała obiad a na ogniu smażyła się żaba! Tak żaba! Zwykła polna żaba. W wielkim garnku gotowały się jakieś warzywa i ryż. Powiedziałam tzn. pokazałam, że nigdy nie jadłam żaby i gospodyni dała mi kawałek mięska na spróbowanie, była całkiem dobra. Poczęstowali mnie napojem i obiadem. Na moim talerzu wylądowała wielka porcja ryżu, jakieś zielone warzywo, jajko sadzone i taka niby pasta z tej żaby. Oni nie znali angielskiego a ja tajskiego. Spędziłam z nimi chyba z godzinę. Ja poczęstowałam ich papierosami – cienkimi mentolowymi. Po obiedzie pożegnałam się z nimi i podziękowałam im najmocniej jak tylko umiałam – to pokazać. Chyba nie zdawali sobie sprawy jaka ta chwila była dla mnie ważna.

pole ryżowe  w okolicach Mae Hong Son
rolnicy na polu ryżowym w okolicach Mae Hong Son
rolnik na polu ryżowym w okolicach Mae Hong Son
rolnik na polu ryżowym w okolicach Mae Hong Son
obiad z tajska rodziną na polu ryżowym w okolicach Mae Hong Son
A tu ta żaba która zjedliśmy na obiad / obiad z tajską rodziną na polu ryżowym w okolicach Mae Hong Son
obiad z tajską rodziną na polu ryżowym w okolicach Mae Hong Son
obiad z tajską rodziną na polu ryżowym w okolicach Mae Hong Son
obiad z tajską rodziną na polu ryżowym w okolicach Mae Hong Son
obiad z tajską rodziną na polu ryżowym w okolicach Mae Hong Son
Potem jeździłam znowu tak bez celu i dotarłam do całkiem fajnej takiej chińskiej świątyni - bardzo mi się podobała bo była bardzo kolorowa. Miałam już mało paliwa, więc musiałam wracać do miasteczka.    Gdy zawracałam jadąc pod górkę, nie dodałam gazu i skuter zaczął zjeżdżać mi w dół, nie wiedziałam czy mam ratować siebie czy skuter, czy się wywrócić, nie mogłam go zatrzymać. Wszystko trwało kilka sekund. Uratowałam skuter lecz poświeciłam swoją nogę. Doznałam poparzenia pewnie 2 albo 3 stopnia. Nie wchodząc w szczegóły - wypaliłam sobie, aż do mięśni kawałek skóry. Otarłam nogą o rozgrzany chyba ze słońca albo od silnika – tłumik, rura wydechowa (?) Nie wiem już, która to była część, ale była bardzo gorąca. Masakra. Dobrze, że miałam ze sobą odkażający płyn, więc od razu zdezynfekowałam ranę i przykleiłam plaster. Zastanawiałam się czy iść z tym do lekarza. Wymyśliłam sobie, że jak za parę dni kiedy będę w Bangkoku będzie to źle wyglądać, to pójdę tam do lekarza. Oczywiście nie poszłam a bliznę mam do dziś. Przez najbliższe dni chodziłam z dwoma obandażowanymi nogami – jedna po wypadku na nurkowaniu a druga po tym oparzeniu. Sierota.

chińska świątynia w okolicach Mae Hong Son
chińska świątynia w okolicach Mae Hong Son
chińska świątynia w okolicach Mae Hong Son
Na drugi dzień wyjazd do Chiang Mai, z którego miałam lot do Bangkoku, więc wróciłam jeszcze na jeden dzień. Droga busem z Mae Hong Son do Chiang mai – 6 godzin w tej górskiej spirali! Wtedy było 3 godziny a teraz 6! Masakra. W prawo, w lewo, góra dół, lewo, prawo – gorzej niż na kolejce górskiej albo na karuzeli. Co godzinę krótki przystanek, żeby żołądek ochłonął. Zatrzymaliśmy się w dość dużej wiosce i na ulicach widać było kobiety z plemienia Lisu. Ubrane w długie kolorowe spódnice. Fajny widok.

wioska plemie Lisu w okolicach Mae Hong Son
kobieta z plemienia Lisu w okolicach Mae Hong Son
kobiety z plemienia Lisu w okolicach Mae Hong Son
kolorowe spódnice kobiet z plemienia Lisu w okolicach Mae Hong Son
Obok mnie w busie jechała młoda Tajka. Na przystanek odprowadzał ją tata. Biedactwo wymiotowało całą drogę i odwracało się do szyby żeby nikt nie wiedział. Tak mi jej było szkoda, bo biedna nie miała żadnego woreczka. I zwracała wszystko w zwiniętą bluzę. Nie wiedziałam jak jej mogę pomóc, powiedziałam coś po angielsku ale mnie nie rozumiała. Wyciągnęłam więc chusteczki nawilżające, dałam jej woreczek i gumy do żucia bo nic więcej nie miałam. Chciałam, żeby się nie przejmowała tym, że siedzę obok, ale jak miałam jej to pokazać? Gdy poczuła się lepiej, nagle z torby wyciągnęła wielką szklaną butelkę z brązowym płynem i wciskała mi ją do rąk. Nie miałam pojęcia co to jest. Podziękowałam jej, gestem pokazałam, że nie trzeba, że dziękuje, że ma to zabrać, że mam duży bagaż. W pewnym momencie wiedziałam, że nie wypada tego nie przyjąć. Wcisnęła mi tą butelkę do rąk i się pokłoniła. Powiedziała tylko, że to robił jej tata. Domyśliłam się, że może to być miód. Podziękowałam jej również bardzo serdecznie. Tym razem ja odwróciłam się do swojej szyby i się popłakałam. Wzruszyłam się. Wiozła ze sobą 2 takie butelki, być może wiozła je dla dalszej rodziny. Mogła mi przecież tylko podziękować pokłonić się, a nie dawać mi prezent. Tyle serca mają tutejsi ludzie, powinniśmy się od nich uczyć. Są tacy wdzięczni. 
W Chiang Mai byłam tylko jeden dzień, więc zobaczyłam to, co nie zdążyłam gdy byłam za pierwszy razem. Bez problemu znalazłam pokój za jakieś 250 Bath i ruszyłam na spacer. Dużo czasu spędziłam przy świątyni Wat Chedi Luang. W jej pobliżu była szkoła mnichów. Mnie zawsze nogi poniosą w takie fajne miejsca. Weszłam do jednej klasy i zamieniałam kilka słów z nauczycielem historii, który pozwolił mi zrobić kilka zdjęć. Resztę dnia spędziłam na masażu, manicure i pysznym jedzeniu. Wieczorem wylot do Bangkoku. Na lotnisko pojechałam taxi za jakieś 100 Bath. Niecałe 2 godzinki i byłam już w Bangkoku. Polecam północną Tajlandię. Tu jest prawdziwa Tajlandia – taka egzotyczna i realna. Spędźcie tu jak najwięcej czasu, będąc w Tajlandii.

Zapraszam do dalszej części relacji - Bangkok - wkrótce



szkoła mnichów przy świątyni Wat Chedi Luang w Chiang Mai 
szkoła mnichów przy świątyni Wat Chedi Luang w Chiang Mai 
szkoła mnichów przy świątyni Wat Chedi Luang w Chiang Mai 
szkoła mnichów przy świątyni Wat Chedi Luang w Chiang Mai 
szkoła mnichów przy świątyni Wat Chedi Luang w Chiang Mai


Jeśli podobała Ci się ta relacja - zostaw komentarz poniżej, poniżej i jeszcze niżej, własnie tam.

A jeśli jeszcze nie polubiłeś mojego profilu na FB kliknij "lubię to" - będzie mi bardzo miło. Dziękuję.



Podobne

0 komentarze

NEWSLETTER

Jeśli nie chcesz przeoczyć żadnego nowego wpisu - zostaw swój adres!

polecany post

mapa

mapa