, , ,

Kac Vegas w Bangkoku - o tatuażach, skłonnościach homoseksualnych, sex turystyce w podwójnym wydaniu i o wielkim jak Bangkok kacu.

1/26/2016

W Bangkoku wylądowałam późnym wieczorem. Z lotniska pojechałam taksówką za 250 Bath na Khosan Road, przy której mieścił się mój hotel (A powrót na lotnisko busem za 120 Bath, bilet na busa kupuje się na Khosan Road i stamtąd on odjeżdża). Oczywiście w Bangkoku też kierowca miał problem żeby znaleźć mój hotel.
Ja to mam pecha z tymi hotelami. O poszukiwaniu hotelu na Phuket pisałam w pierwszej części relacji z Tajlandii tutaj. Hotel przyzwoity, ale najważniejsza była jego lokalizacja – tuż przy Khosan Road. Bardzo polecam takie rozwiązanie. Nocleg na samej Khosan Road może nie być komfortowy, gdyż przez całą noc jest tam bardzo głośno, więc najlepiej zarezerwować hotel gdzieś w pobliżu.
słynna ulica Khosan Road w Bangkoku

słynna ulica Khosan Road w Bangkoku
słynna ulica Khosan Road w Bangkoku
słynna ulica Khosan Road w Bangkoku
słynna ulica Khosan Road w Bangkoku
słynna ulica Khosan Road w Bangkoku
słynna ulica Khosan Road w Bangkoku
słynna ulica Khosan Road w Bangkoku
słynna ulica Khosan Road w Bangkoku
Nazwa „Bangkok” jest najdłuższą nazwą geograficzną świata i wpisana jest do Księgi Rekordów Guinnesa – składa się z 21 słów. W tej nazwie zawarte są podobno określenia m.in.: Miasto Aniołów czy Wenecja Wschodu. Planując wyjazd do Tajlandii długo zastanawiałam się ile dni przeznaczyć na zwiedzenie Bangkoku. Spędziłam w Bangkoku 4 dni. Nie widziałam wszystkiego, co miałam w planach, w niektórych miejscach spędziłam więcej czasu niż planowałam. Powiem szczerze, że 3 dni w zupełności wystarczą. Czwartego dnia byłam już bardzo zmęczona Bangkokiem, już nie miałam siły na zwiedzanie, na spacery, więc cały dzień kręciłam się po Khosan Road – masaże, jedzenie, zakupy. Jeśli planujesz spędzić w Tajlandii miesiąc lub dwa to pewnie tydzień czasu w Bangkoku będzie ok, ale jeśli planujesz spędzić w Tajlandii 3 tygodnie to 2-3 dni w zupełności wystarczą.
Bangkok jest ogromny, dynamiczny, hałaśliwy i pełen trustów. Najbardziej znanym miejscem w Bangkoku jest wspomniana już wcześniej Khosan Road. To malutka uliczka w centrum miasta, na której mieszczą się restauracje, kluby, hotele, sklepy z pamiątkami, studia tatuażu, salony masażu i stargany z przepysznym jedzeniem. Pamiątki i ciuchy są słabej jakości i większość niestety pochodzi z Chin. Aby znaleźć oryginalną tajską pamiątkę w Tajlandii, trzeba nieźle się naszukać. Ja taką znalazłam na północy w mieście Pai. Cała ulica po brzegi wypełniona jest kursującymi raz w jedną, raz w drugą stronę - turystami. Tak jak na Krupówkach czy na deptaku Monte Casino w Sopocie.
W Tajlandii w przeciwieństwie do Kuby jest bardzo dużo samotnych turystów i co ciekawe, nie mają oni ochoty na bliższe poznawanie innych, aby wspólnie podróżować czy powymieniać się doświadczeniami w zwiedzaniu Tajlandii. Miałam wrażenie, że turyści są bardziej zamknięci w stosunku do siebie niż na Kubie.
Zwiedzenie Bangkoku zaczęłam tak jak każdy turysta - od Wielkiego Pałacu Królewskiego - najważniejszego miejsca w mieście i kraju. Wstęp 500 Bajt. Od razu dodam, że razem wstęp do kilku świątyń w Bangkoku wyniósł mnie w sumie ponad 1000 Baht, czyli ponad 100zł. Pałac oczywiście piękny, ale takich tłumów turystów chyba jeszcze nigdy wcześniej nie wiedziałam. Masakra! Po godzinie już stamtąd uciekłam. To najbardziej zatłoczone miejsce w Tajlandii.
W skład całego kompleksu pałacowego wchodzi wiele obiektów – jednak najważniejszy jest Pałac Królewski i świątynia Wat Phra Kaeo. Wszystkie świątynie były cudowne, ale przez te dzikie tłumy nie można było nacieszyć się ich pięknem. O zrobieniu dobrego zdjęcia już nawet nie wspomnę - pełno „obcych głów” na zdjęciach. Brrr. Nie będę się rozpisywać o świątyniach i pałacu, bo to można znaleźć w każdym przewodniku. Dodam tylko od siebie, że na zwiedzenie na pewno należy przeznaczyć kilka godzin, jeśli chce się dokładnie zobaczyć każde miejsce, każdą świątynię. Najważniejsza świątynia to Wat Phra Kaeo, czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy. W świątyni tej mieści się najsłynniejszy posąg Buddy. Mierzy uwaga! 75 cm! Zapamiętajcie! Tylko 75cm! Jest tak malutki, że ledwo go widać. Ja myślałam, że wejdę do najważniejszej świątyni w Tajlandii i zobaczę piękny, wielki posąg szmaragdowego Buddy. A tu takie maleństwo. Sorry, ale rozmiar ma jednak znaczenie - duży to duży.  


Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku
Świątynia oblegana przez turystów i Tajów. W tej świątyni było najwięcej ludzi. Nie miałam siły przepychać się przez tłum, aby wejść do środka, więc stojąc przy głównym wejściu spojrzałam w głąb świątyni i ledwo zauważyłam tą małą, zieloną, najważniejszą dla Tajów figurkę. I w dodatku nie jest ona szmaragdowa. Niewątpliwie cały kompleks pałacowy jest najważniejszym punktem na turystycznej mapie Bangkoku i najważniejszym miejscem dla Tajów i dla Buddystów. To serce Tajlandii i serce Bangkoku. Jest przepięknie, bogato, kolorowo i czysto.

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku
Po godzinie przebywania na królewskim dworze, udałam się na targ amuletów. Planując wizytę w Bangkoku, chciałam tylko trafić na ten targ. Wszystkie inne atrakcje nie miały dla mnie takiego znaczenia jak on. Kocham takie magiczne miejsca. Bałam się, że tam nie trafię, bo informacje, jakie znalazłam w internacie były niekompletne i niejednoznaczne. Kto mnie zna to wie, że interesuję się magią i innymi takimi duchowymi pierdołami. A amulety uwielbiam, w samej torebce mam ich chyba z pięć. Według mnie to najbardziej magiczne i duchowe miejsce w Bangkoku – a na pewno moje ulubione! Amulety, talizmany, posągi, figurki i szlachetne kamienie! Stoisko przy stoisku. Najróżniejsze! Jedne uginające się od ciężaru amuletów a i inne skromne w postaci wyłożonej na chodniku szmatki. Targ jest bardzo rozległy i rozciąga się na różne uliczki. Od strony rzeki można trafić na knajpki z jedzeniem, w których nie ma w ogóle turystów. Jest tu tak swojsko, tak tajsko, tak surowo, tak prawdziwie. Nie ma komercji! 


Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku

Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku

Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku
Amulety amuletami, ale i tak najbardziej zafascynowali mnie tam ludzie. Obwieszeni amuletami Taje, którzy dumnie napinali klaty, aby lepiej wyeksponować do zdjęcia zawieszone na szyi magiczne skarby czy też mnisi, którzy przez 20 minut oglądali przez lupę amulety sprawdzając ich autentyczność. Coś niesamowitego. Zobaczcie sami.

Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku

Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku

Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku

Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku

Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku
Niech to miejsce nigdy się nie zmieni! Obok targu amuletów jest targ medycyny naturalnej - ze stoiskami z różnymi maściami, kadzidłami, suplementami i olejkami do masażu, warto również go odwiedzić.
Nie wiem dlaczego, ale najpierw zafascynowały mnie amulety w kształcie penisa! Wiedziałam, że jest taki amulet, ale nie spodziewałam się, że tyle, tak różnorodnych tutaj zobaczę. Piękne! Drewniane, metalowe, z kamienia, jako wisiorki, breloczki – cudne! Amulet w kształcie fallusa stosuje się, by wzmocnić obszary związane z miłością, płodnością i seksualnością. Fallus jest atrybutem powodzenia, mądrości, sprawiedliwości, zdrowia, pożądania i przyjemności. Chronią też przed złymi czarami. Miałam dylemat, który wybrać, bo wszystkie były piękne. Sprzedawca powiedział mi, że mam wybierać tylko takie, które do mnie coś „mówią”, a nie te, które mi się podobają. Tych gadających do mnie amuletów było wyjątkowo dużo, no i musiałam je kupić. Wszystkie cudne! Małe dzieła sztuki! 

Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku

Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku
Najtańsze amulety kosztują grosze, a najdroższe nawet kilka tysięcy złotych. Na jednym stoisku, poprosiłam sprzedawcę, aby pożyczył mi lupę, bo chciałam też pooglądać amulety w takim powiększeniu. Powiedział mi, że w ten sposób sprawdza się ich oryginalność i skuteczność. Hmm… czyli jednak są na świecie amulety, które naprawdę działają? Faktycznie pod lupą wyglądają całkiem inaczej. Duża część talizmanów to podróbki z Chin, tylko kto je kupuje skoro tak mało tu trustów? Ci Chińczycy to wszystko potrafią podrobić, nawet tajskie talizmany.



Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku

Tha Phra Chan Market, czyli Targ amuletów w Bangkoku
Zatrzymałam się przy jednym małym stoisku. Pan na szmatce miał wyłożonych kilka bardzo oryginalnych amuletów. Kucnęłam i tak sobie oglądałam te talizmany. W pewnym momencie pochylił się nade mną mnich i wskazał mi jakiś talizman i powiedział, że jest on dla mnie. Kosztował około 150zł, trochę dużo jak dla mnie, aż tak szalona nie jestem. Podziękowałam i powiedziałam, że dla mnie za drogi. Minęło parę sekund i mnich wziął moją rękę i coś na niej położył, zamknął ją, spojrzał mi w oczy, uśmiechnął się i odszedł. Stałam jak wryta. Patrzyłam za nim. Czekałam aż się odwróci, bo chciałam mu podziękować. Gdy to zrobił, pokłoniłam się. Byłam w takim szoku, że stałam tak parę sekund z tą zamknięta dłonią i bałam się ją otworzyć. Mnich wręczył mi talizman. Zwykły, prosty, od niego. Spojrzałam na sprzedawcę, a on uśmiechnął się i pokiwał głową. Nie wiem jak często jest świadkiem takich sytuacji, ale sadząc po jego minie nie często. Nie znał angielskiego, więc nie mogliśmy porozmawiać. I to był taki moment, że słowa nie były nam potrzebne. Nic nie mówiliśmy. Tylko uśmiechaliśmy się do siebie. Wiedziałam, że on wie, co ja czuje, a ja wiedziałam, co on czuje i myśli o tej sytuacji. Patrzyłam raz na niego raz na talizman, a on tylko się uśmiechał. Doskonale wiedział, jakie to było dla mnie przeżycie. Możecie się śmiać ze mnie, ale ja wierzę w takie magiczne sytuacje, wierzę w moc takich chwil. Może to nic takiego dostać amulet od mnicha, może przesadzam. Przesadzam tak? No dobra, więc koniec tego tematu. Na targu spędziłam chyba z 4 godziny. Kupiłam amulety, talizmany, olejki do masażu, maści i kadzidła. Wydałam dużo pieniędzy, ale to był bardzo udany i przyjemny shopping
Kierując się do Świątyni Wat Arun wstąpiłam do Świątyni Leżącego Buddy - Wat Pho. Jest to najstarsza świątynia w stolicy, w której znajduje się monumentalny posąg leżącego Buddy. Mało rzeczy robi na mnie wrażenie, a już najmniej kolejna tajska świątynia. Ta jednak była inna, pewnie dlatego, że całą świątynie wypełniał leżący ogromny złoty Budda, który sobie smacznie spał. Miał 15m wysokości i 46m długości! Na terenie świątyni znajduje się znana na całym świecie tajska szkoła masażu. Można zapisać się na kilkudniowy kurs masażu albo skorzystać z masażu na miejscu. Wstęp do świątyni 100 Baht. Świątynia czynna jest codziennie od 8 do 17. 
Świątynia Leżącego Buddy - Wat Pho w Bangkoku
Świątynia Leżącego Buddy - Wat Pho w Bangkoku
Kolejna świątynia to Wat Arun, czyli Świątynia Świtu – leżąca po drugiej stronie rzeki, jest jednym z najstarszych zabytków Bangkoku. Przeprawa łodzią przez rzekę odbyła się bardzo szybko i sprawnie. Świątynię widać z brzegu, więc kierujemy się w stronę rzeki, a tam już bez problemu znajdziemy przystań, z której chyba co 15 albo co 30 minut odpływają łodzie na drugi brzeg. Koszt przeprawy 3 Baht. Świątynia piękna i wyjątkowa. Każdy powinien ją zobaczyć. Ściany świątyni udekorowane są potłuczoną chińska porcelaną. Warto wejść na główny „prang” świątyni, bo z niego rozciąga się piękny widok na okolicę. Świątynia Świtu jak sama nazwa wskazuje najlepiej prezentuje się o świcie lub o zachodzie słońca. Warto o tej porze być w okolicach świątyni, bo wygląda przepięknie – tak najczęściej prezentowana jest w przewodnikach i na pocztówkach. 
Wat Arun, czyli Świątynia Świtu w Bangkoku

Wat Arun, czyli Świątynia Świtu w Bangkoku

Wat Arun, czyli Świątynia Świtu w Bangkoku

Wat Arun, czyli Świątynia Świtu w Bangkoku

Wat Arun, czyli Świątynia Świtu w Bangkoku

Wat Arun, czyli Świątynia Świtu w Bangkoku

Wat Arun, czyli Świątynia Świtu w Bangkoku

Wat Arun, czyli Świątynia Świtu w Bangkoku
Tego dnia chciałam jeszcze odwiedzić Flower Market, więc nie czekałam na zachód słońca tylko ruszyłam dalej. Flower Market to największa w Bangkoku hurtowa i detaliczna sprzedaż kwiatów. Ogromne targowisko z kwiatami! Ale tam pachniało! Róże, storczyki, lilie i inne egzotyczne kwiaty! Wystawione w wiadrach, w olbrzymich koszach wiklinowych. Było późno i ciemno, a mój aparat do najlepszych nie należy i niestety nie podołał w zrobieniu zdjęć po zmroku. Proponuję wybrać się tam w ciągu dnia i fotografować kwiaty w słonecznym świetle. Pomyślcie o tym. Ja nie znam się na kwiatach, ale dla miłośników kwiatów jest to miejsce, które na pewno musi znaleźć się na liście „must see”. Targowisko czynne jest przez całą dobę, codziennie.

Flower Market w Bangkoku
Flower Market w Bangkoku
Flower Market w Bangkoku
Flower Market w Bangkoku
Flower Market w Bangkoku
Flower Market w Bangkoku
Kolejnego dnia miałam w planach Floating Market, czyli Pływający Targ. Wstałam, wyszykowałam się, zeszłam do recepcji i zapytałam jak tam dojechać. Pani odpowiedziała, że jest za późno, żeby tam jechać a była chyba 10 lub 11. Posłuchałam i zmieniłam plany - kolejny na liście był Chatuchak Market. Jeśli jesteście w stanie sobie wyobrazić jeden z największych weekendowych targów na świecie – to właśnie przed Waszymi oczami ukazał się Chatuchak Market. Ogromny! Gigantyczny! Niewyobrażalny! Najpopularniejszy targ w całej Tajlandii. W każdy weekend targ odwiedza około 200 tysięcy kupujących. Czynny jest w piątki, soboty i niedziele od rana do późnego popołudnia. Tysiące stoisk ze wszystkim. Nie ma szans, aby obejść cały targ w ciągu jednego dnia. Chodziłam chyba przez 4 godziny i byłam tylko w sekcji „odzieżowo – pamiątkowej”. Targowisko podzielone jest na sekcje, alejki, części, rzędy, stoiska. Numer stoiska składała się chyba z kilkunastu znaków – coś w stylu ABC/234/IV/23/452. Nie ma szans, aby znaleźć stoisko, przy którym byliśmy godzinę temu, więc jak coś mi się podobało to od razu to kupowałam, bo nie znalazłabym tego stoiska za drugim razem. Jestem tego pewna. Masa ludzi, gwar, głośna muzyka, zapach tajskiego jedzenia, duszno, kolorowo i przekrzykujący się sprzedawcy – panuje tu prawdziwy swojski klimat. Trochę turystów i podobno dużo kieszonkowców, więc trzeba uważać. Owoce, jedzenie, ciuchy, pamiątki, biżuteria, meble, zwierzęta, akcesoria do domu – wszystko czego dusza zapragnie. Każdy znajdzie coś dla siebie. Jednak najwięcej jest tandety z Chin, ale można znaleźć kilka perełek. Polecam to miejsce. Można tu poczuć się jak prawdziwy Taj  - czyli na zakupach i jedzeniu. 


Chatuchak Market w Bangkoku 
Chatuchak Market w Bangkoku 
Chatuchak Market w Bangkoku 
Chatuchak Market w Bangkoku 
Po targu zobaczyłam Świątynie Złotego Buddy - Wat Traimit, leżącą na terenie Chinatown. W ostatniej chwili udało mi się wejść do środka, bo już ją zamykali. Świątynia jest czynna do 17.00. Znowu nic ciekawego, sam posąg Buddy bardzo ładny - bo to największy złoty posag Buddy na świecie. Waży 5,5 tony i ma ponad 3m wysokości. Ten przynajmniej było widać, nie to co ten mały, niby szmaragdowy.
Świątynia Złotego Buddy, czyli Wat Traimit w Bangkoku

Świątynia Złotego Buddy, czyli Wat Traimit w Bangkoku

Świątynia Złotego Buddy, czyli Wat Traimit w Bangkoku

Świątynia Złotego Buddy, czyli Wat Traimit w Bangkoku

Świątynia Złotego Buddy, czyli Wat Traimit w Bangkoku

Kolejną atrakcją jaką sobie wymyśliłam był taras widokowy w Lebua at State Tower (1055/111, Silom Road). Taras, na którym kręcono jedną ze scen „Kac Vegas w Bangkoku”. Nie żebym była wielką fanką tego filmu, czy fanką jednego z najprzystojniejszych aktorów, który akurat grał w tym filmie (boski jest) ale pomyślałam sobie, że panorama Bangkoku z takiego miejsca powinna być intersująca. Przeczytałam w necie, że należy się ładnie ubrać, bo inaczej mnie nie wpuszczą. Elegancko ubrana ruszyłam windą na 63 piętro Lebua State Tower. Piękne Tajki witają gości i prowadzą na taras widokowy do Sky Baru. Pomyślałam sobie, może to jest to, ale szału nie było. Panorama owszem ładna, ale coś mi nie pasowało. Niestety musiałam coś zamówić. Najtańsze co było w menu tuż po wodzie mineralnej to jakieś małe piwo za 50 zł! 
Lebua at State Tower w Bangkoku
Sky Bar Lebua at State Tower w Bangkoku
Sky Bar Lebua at State Tower w Bangkoku
Porobiłam zdjęcia, wypiłam elegancko podane piwko i udałam się do windy. Nagle moim oczom ukazał się jeszcze jeden wielki taras z okrągłym barem na środku! To było to! To tu miałam trafić od razu! Sirocco Bar jest jednym z najciekawszych lokali na świecie a na pewno jest jedynym na świecie położonym tak wysoko! Nie ma drugiego takiego baru, na świecie! Coś niesamowitego! Ten widok na Bangkok nocą – bajka! Sirocco to restauracja i bar. Restauracja bardzo elegancka, z pięknym wystrojem i dostojną obsługą. Podobno stolik należy rezerwować nawet z miesięcznym wyprzedzeniem. To moje drugie wymarzone miejsce na zaręczyny. Pierwsze w jakim się zakochałam to była Santorini. Teraz Sirocco do niej dołączyło.  To dwa najbardziej romantyczne dla mnie miejsca, jakie do tej pory widziałam. Specjalnie o tym tu pisze, bo może kiedyś mój przyszły partner to przeczyta i będzie miał już gotową ściągę na zaręczyny – Kochanie, jeśli zaręczyny to tylko w Bangkoku i na pewno powiem TAK! 

Sirocco Bar w Bar Lebua at State Tower w Bangkoku
Sirocco Bar w Bar Lebua at State Tower w Bangkoku
Sirocco Bar w Bar Lebua at State Tower w Bangkoku
Na końcu restauracji na małym wydzielonym tarasie znajduje się okrągły bar. Kto ma lęk wysokości, może nie czuć się tam za dobrze. Ale spokojnie jest szklana balustrada. Widok cudowny! Ceny zabójcze! Ale świeże powietrze, letni wiatr we włosach pod niebem, pod gwiazdami, tak wysoko.. bajka! I ta świadomość, że ma się pod sobą parędziesiąt pięter i stoi się prawie na krawędzi tego tarasu…Bosko! Każde takie miejsce przyciąga tłumy turystów, więc każdy, ale dosłownie każdy kto tam był, robił sobie zdjęcia. Wszyscy tylko ustawiali się do zdjęć, błyskały flesze, każdy się przeciskał, aby dobrze ustawić Ja robiłam to samo. No co!? Selfie w takim miejscu musi być. Koniec i kropka. Ale selfie i tak nie ma, nie wyszło, kilka prób i się nie udało. Za słaby telefon na takie światło – tzn. na brak światła. Proszę się nie śmiać. Jak już wiecie nie lubię miejsc gdzie są tłumy turystów, ale to miejsce było wyjątkowe i naprawdę warto wydać tu tę parę złotych, żeby tego doświadczyć, żeby zobaczyć pięknie oświetlony nocą Bangkok, żeby być tak blisko gwiazd w najcieplejszej stolicy świata. Zamknijcie teraz oczy i przypomnijcie sobie zapach lata, taki wieczorem po zmroku, lekki wiatr… i takie fajne uczucie ciepłego, letniego powietrza …Otwórzcie teraz oczy, weźcie głęboki oddech i zobaczcie piękną panoramę Bangkoku…


Panorama Bangkoku nocą w Sirocco Bar w Bar Lebua at State Tower w Bangkoku

Panorama Bangkoku nocą w Sirocco Bar w Bar Lebua at State Tower w Bangkoku

Panorama Bangkoku nocą w Sirocco Bar w Bar Lebua at State Tower w Bangkoku

Panorama Bangkoku nocą w Sirocco Bar w Bar Lebua at State Tower w Bangkoku

Panorama Bangkoku nocą w Sirocco Bar w Bar Lebua at State Tower w Bangkoku
Wieczorem wybrałam się w kolejne znane na cały świecie miejsce Patpong  - czyli dzielnica czerwonych latarni i rozrywki dla turystów z całego świata. To do tego miejsca namawiają naciągacze na ulicach Bangkoku. Najczęściej słyszanym tekstem jest „ping pong show”. Gotowi byli mnie tam nawet zanieść na rękach, więc nie dziwię się, że seks turystyka wciąż tak tam kwitnie. Byłam ciekawa, jak to wygląda i bardzo chciałam wejść do takiego męskiego klubu. Nie wiedziałam czego mam się tam spodziewać. Niby coś wiedziałam, ale nie do końca. Pokręciłam się trochę po tej dzielnicy i za cholerę nie wiedziałam, gdzie mam iść. Gdzie to wszystko jest. Podszedł do mnie młody Taj i zapytał czy może mi pomóc. Był naganiaczem do jednego z tamtejszych klubów. Powiedziałam mu, że chciałabym napić się drinka w klubie z kobietami, więc zapytał czy jestem lesbijką, na co powiedziałam, że lubię panów, więc zaprowadził mnie do gejowskiego klubu. W klubie jeszcze pusto i nagle zaatakowała mnie grupa 15 – tu homoseksualnych tancerzy z nagimi torsami, w obcisłych skórzanych spodniach! O My Good! Ciągnęli mnie za rękę, abym z nimi została, bo za chwile będzie „Big Show”. Musiałam uciekać. Absolutnie nie mam uprzedzeń. Mam wielu homoseksualnych znajomych i dla mnie taki temat nie powinien być w ogóle poruszany, bo jesteśmy wszyscy tacy sami. Tylko w tym przypadku mimo, że byli przystojni, pięknie zbudowani i bardzo mili, musiałam uciekać. Rozumiecie mnie prawda? Gdyby to byli heteroseksualni tancerze… hmm… ja sama i oni …? zostałabym na pewno. To dopiero byłby wieczór, niezapomniany.   
Nie mogłam się dogadać z Tajem Naciągaczem. Nie mógł zrozumieć, że jestem hetero i chcę iść do klubu gdzie chodzą mężczyźni i tańczą kobiety. Może źle mu tłumaczyłam na angielski? Kiedyś na Kubie jeden Kubańczyk opowiadał mi o swojej rodzinie. Rozumiałam co 5, 10 słowo, niby kontekst wyłapywałam, ale jak się później okazało chyba jednak nie. Kubańczyk opowiadał, a ja się uśmiechałam, tak od ucha do ucha, nie miałam pojęcia, że to smutna historia. W pewnym momencie pyta się mnie czy rozumiem, co do mnie mówi. Pewna siebie odpowiedziałam – „Yes of course” na co on – że chyba jednak nie, bo mówi smutną historię, a ja się uśmiecham. Ups. Sorry. Takie czasami mam sytuacje. 
W końcu dogadałam się z naciągaczem. Z tego co zrozumiałam, kobiety nie mogą przebywać w takich klubach, ale on ze mną wejdzie i będzie wszystko ok. Weszliśmy do jednego z klubów Go Go a on coś szepnął barmance do ucha – więc zaczęłam być czujna – czy będzie chciał zaraz drinka, czy dosypie mi coś do mojego. O dziwo nie chciał nawet drinka, gdy mu to zaproponowałam, chciałam się tak po tajsku odwdzięczyć. O tajskiej wdzięczności, która wzruszyła mnie do łez poczytacie drugiej części relacji z Tajlandii, którą znajdziecie tutaj.
Podpytywałam go o te tańczące kobiety i powiedział, że są pełnoletnie, ale powiedział to w taki sposób, że od razu zorientowałam się, że nie są. Po 30 minutach musiał wracać do pracy, a ja zostałam tam sama. Byłam w Polsce, w Warszawie w takim jednym znanym klubie dla Panów, więc widok tańczących w bieliźnie za pieniądze kobiet nie był dla mnie zaskoczeniem. To, co zobaczyłam tam, zapadło mi w pamięć na długo. Z jednej strony miałam uczucie obrzydzenia do tych wszystkich mężczyzn, a z drugiej strony wielkie współczucie dla tych dziewczyn. Jedyne słowo, które cisnęło mi się wtedy tam i dziś na usta to pedofilia. Wybaczcie, ale inaczej nie można tego nazwać. To były bardzo młode dziewczyny, nastolatki, które nie miały jeszcze figur kobiecych, bioder, piersi … I Ci starzy, siwi, obleśni emeryci z całego świata, obmacujący je z każdej możliwej strony, niektórzy z tymi dziewczynkami opuszczali klub… Cholera jasna. W tym klubie pracowało około 15 dziewczyn, podzielonych na dwie grupy. Na środku były stoły do tańczenia. Dziewczyny tańczyły na zmianę. Była też szefowa, która dzwonkiem informowała, że czas na zmianę i na stoły wskakiwały inne dziewczyny. A te, które tańczyły rozchodziły się po sali, aby umilić czas bogatym turystom.  Dziewczyny pewnie zarabiały jakąś prowizję od ilości zamówionych drinków przez klientów, bo to one podchodziły do baru i rozliczały rachunki ze swoich stołów. 
Taj, który przyprowadził mnie do tego klubu powiedział, że w ten wieczór będzie w nim również walka boksu tajskiego. I tak siedziałam w tym klubie, obserwowałam i czekałam na boks. Nagle zapalono światło, rozmontowano stoliki wraz z rurami, rozłożono ring, rozciągnięto sznury – i w ciągu 5 minut z klubu Go Go zrobił się klub sportowy z ringiem na środku. Walka ciekawa. Bardzo chciałam zobaczyć na żywo walkę boksu tajskiego, cały czas to chodziło za mną przez cały pobyty w Tajlandii. I proszę, przez przypadek, w dzielnicy czerwonych latarni przeżyłam emocjonującą walkę tajskiego boksu!

Walka boksu tajskiego w clubie Go Go na Patpong w Bangkoku
Gdy wychodziłam z klubu zaczepiło mnie 3 sympatycznych chłopaków pytając, gdzie są jakieś kluby, w których nie ma „takich” dziewczyn, gdzie można potańczyć i napić się drinka. Miałam taki sam plan, więc wspólnie szukaliśmy klubu do zabawy. Koledzy sympatyczni i bardzo mili. Francuzi i Kanadyjczyk. Bawiliśmy się razem całą noc. Było wesoło, bo na przeciwko klubu było studio tatuażu – czynne całą dobę! I każdy z nich zrobił sobie tej nocy tatuaż! Szaleni! I do tego pomysłu namawiali jeszcze mnie. Jak dobrze, że byłam w miarę trzeźwa i kontrowałam sytuację, bo obudziłabym się rano z napisem na ręce: „Raz się żyje”, „Kocham życie”, „Żyć nie umierać” albo „Crazy Life” – jak zrobił sobie kolega. 


„Crazy Life” w Bangkoku
Nikt z czytających Was nie zgadnie, jaki tatuaż zrobił sobie drugi kolega. I myślę, że może to być jedyny taki tatuaż na świecie. Potrzymam Was trochę w niepewności. Jaki to był tatuaż, znajdziecie na końcu tej relacji. Macie jakieś pomysły?
Zabawę skończyliśmy chyba o 6 rano, a ja rano miałam jechać na Floating Market! Martwiłam, się czy wstanę po takiej szalonej nocy. Było ciężko, ale zwlekłam się z łóżka z olbrzymim bólem głowy. Mój kac był większy niż sam Bangkok. W recepcji pani znowu mówiła mi jakieś bzdury, że tam sama nie dojadę, że muszę płynąć jakąś łodzią i mam iść na przystanek, parę kilometrów, że samej nie uda mi się zwiedzić tego miejsca. Nie wiem czy to kac, czy mój słaby angielski, ale nic z tego nie zrozumiałam. Zdesperowana podeszłam do pierwszej lepszej taksówki przy hotelu i pokazałam na mapie gdzie chce jechać. Po 20 minutach byłam już przy wejściu na Floating Market zwanym Talling Chan. Targowisko czynne w soboty i niedziele od 8 rano do 17. To jeden z ciekawszych pływających tragów Bangkoku. W Bangkoku wiele jest takich pływających tragów. Osobiście polecam wyprawę na taki lokalny swojski market niż na słynny, komercyjny Damnoen Saduak, znajdujący się w odległości ok. 105 km od Bangkoku. Wiecie z jakich powodów ja z niego zrezygnowałam. Tak, dokładnie chodzi o trustów, o te dzikie tłumy, kosmiczne ceny i komercyjność tego najbardziej znanego na świecie pływającego targu. Nawet dla pięknego kolorowego zdjęcia z widokiem znanym z pocztówek, nie skusiłam się tam pojechać. Wpiszcie sobie w Google „Damnoen Saduak” i wybierzecie grafikę. Tak, to właśnie to miejsce – piękne kolorowe, soczyste, jaskrawe i czyste. Warzywa na łodzi ułożone jak od linijki – idealnie i perfekcyjnie. Moje zdjęcia są mniej kolorowe, ale są prawdziwe i takie brudne i to w nich lubię – taką surowość i realność. 
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku

Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Za bardzo nie wiedziałam, co mam zrobić ze sobą. Widziałam grupę ludzi ustawionych na przystani z biletami w ręku. Pokręciłam się trochę, szukałam kasy, żeby kupić jakiś bilet. I nagle jakiś turysta wręczył mi bilet, bo miał dwa, a osoba, na którą czekał nie dojechała. Tak oto udałam się na wycieczkę łodzią kanałami do trzech pływających lokalnych targów. Wycieczka trwałą parę godzin w tym pełnym słońcu, a ja z tym bólem głowy, dobrze, że łodzią za bardzo nie bujało, bo miałabym duży problem. Z tego co pamiętam, jest kilka lodzi, które wypływają o określonych godzinach. Dla spokoju i pewności najlepiej przyjechać tu o 8 rano i na pewno wszystko załatwicie. Bilet na taki rejs kosztuje około 100 Baht, a wycieczka na ten znany targ około1200-1500 Bath, czyli 10 razy więcej. Przystań, z której odpływają łodzie jest takim pływającym targiem. Są tam łodzie, na których kobiety gotują różne przysmaki, stoły przy których od rana siedzą tajskie rodziny i objadają się wielkimi rybami i owcami morza na śniadanie – to był bardzo ciekawy widok. Zwiedziliśmy chyba 2 pływające targi i jeden zwykły. W każdym zatrzymywaliśmy się na około 40 minut – żeby coś zjeść i coś kupić. Ja nie jadłam, nie byłam w stanie. 
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Floating Market, czyli pływający targ w Bangkoku
Po powrocie do naszej przystani zjadłam sobie pyszny obiad, dopiero teraz byłam wstanie coś przełknąć. Zamówiłam sobie porcję krewetek za około 20 zł. Polecam. Bardzo fajne przeżycie, bo siedzi się po turecku, nie ma sztućców tylko pałeczki, a większość i tak jadła rękami, więc ja również. Sama przeprawa kanałami bardzo interesująca. Podglądaliśmy skromne życie Tajów. Na jednym brzegu ujrzałam nawet krokodyla. Taksówką - motorem wróciłam na Khosan Road za 100 Bath.

Rejs kanałami w Bangkoku
Rejs kanałami w Bangkoku
Rejs kanałami w Bangkoku
Rejs kanałami w Bangkoku

Rejs kanałami w Bangkoku
Rejs kanałami w Bangkoku
Rejs kanałami w Bangkoku
Rejs kanałami w Bangkoku
Rejs kanałami w Bangkoku
Rejs kanałami w Bangkoku
Rejs kanałami w Bangkoku
Rejs kanałami w Bangkoku
Ostatni dzień w Bangkoku spędziłam na leniuchowaniu. Po raz ostatni wybrałam się na masaż, tym razem taki całościowy, relaksacyjny. Ta koniec pobytu chciałam sobie zafundować taki „full wypas”. Trochę byłam nieświadoma, że godząc się na masaż, taki na „3 piętrze” i „full wypas”, a nie na partnerze wśród innych turystów, przeżyje to, co przeżyłam. Być może, mój słaby angielski zawinił, ale  akurat w tym przypadku nie żałuję. Podczas masażu, masażysta pytał czy wszystko jest ok, czy to mi odpowiada, więc w każdej chwili mogłam się wycofać. To był faktycznie „full wypas” i dopiero teraz poczułam prawdziwą moc tajskiego masażu. Odważnym i otwartym na przyjemności i nowe doznania koleżankom bardzo polecam. A co! Kobietom, które latają do Tajlandii, też należą się jakieś przyjemności, co nie? Specjalnie poprosiłam pana o wizytówkę: Duży, chyba w kolorach różowych salon Charlie's Massage & Beauty - Mr. Pawat, Paweł - jakoś tak. A jeśli chcecie poznać szczegóły to śmiało piszcie - na Facebooku (tylko kobiety). Tutaj nie wypada mi pisać więcej. 
I w takich erotycznych uniesieniach minął mi ostatni dzień w Tajlandii. Aaaa! zaraz, zaraz zapomniałam o czymś ważnym. Przez cały wyjazd kusiło mnie, aby zjeść jakiegoś insekta. Stoisk z robalami było pełno w każdym mieście, w którym byłam. Na Khosan Road były chyba dwa stoiska z robalami, które przez te parę dni mijałam i obserwowałam ludzi, którzy to jedzą. Podchodziłam i zastanawiałam się zjeść czy nie zjeść. I tak było codziennie. Ostatniego dnia powiedziałam sobie, skoro byłam w Bangkoku i wracam bez tatuażu to przynajmniej muszę zjeść robala. Decyzja zapadła. Zapłaciłam i zjadłam. Trzęsłam się jak miałam włożyć go do ust! Bleee. Smaku nie ma żadnego. Bardziej odpychający jest widok robala i świadomość, że to szarańcza, że ma nogi, głowę, oczy etc. Nie zjadłam całego, bo ciężko było to pogryźć, ale warto spróbować.
Wracam wypoczęta, zrelaksowana, wyciszona, najedzona, uśmiechnięta i szczęśliwa. W Tajlandii przeżyłam wszystko to, co zaplanowałam, a na nawet więcej. Zjadłam robala, nurkowałam z rekinem, podziwiałam panoramę Bangkoku z jednego z najwyższych budynków, jeździłam skuterem po przepięknej górskiej dżungli, modliłam się pod okiem mnicha, zjadłam żabę, byłam w klubie Go Go, widziałam walkę boksu, przeżyłam cudowne chwile podczas festiwalu Loy Krathong. Targowałam się na jednym z największych targów weekendowym na świecie, dostałam prezent od mnicha, zwiedziłam wioski górskich plemion, jadłam na pływającym targu, opalałam się na rajskiej plaży, karmiłam słonia, poczułam nieziemską moc tajskiego masażu i przez cały wyjazd uśmiechałam się! I z uśmiechem na twarzy z całego serca polecam Wam Tajlandię!
Tajski uśmiech Bangkok
Ps. Miałam napisać, jaki kolega zrobił sobie tatuaż. Otóż na nadgarstku wytatuował sobie po tajsku adres – ulicę i numer hotelu, w którym się zatrzymał. Argumentował to tym, że nie będzie musiał tłumaczyć taksówkarzowi gdzie ma go zawieźć, gdy będzie w stanie „wskazującym” - tylko pokażę mu rękę z adresem hotelu. Co Wy na to?

Jeśli chcesz wiedzieć gdzie i dlaczego byłam szczęśliwa, dlaczego zjadłam żabę i czy długie szyje mają naprawdę długie szyje, przeczytaj 2 część relacji z Tajlandii.
A jeśli chcesz wiedzieć dlaczego rajskie plaże tylko z nazwy są rajskie i dlaczego nie lubię lokalnych wycieczek, przeczytaj 1 część relacji z Tajlandii.
Jeśli spodobał Ci się ten post - to zostaw komentarz poniżej, poniżej i jeszcze niżej, własnie tam.A jeśli jeszcze nie polubiłeś mojego profilu na FB kliknij "lubię to" - będzie mi bardzo miło. Dziękuję.

Podobne

0 komentarze

NEWSLETTER

Jeśli nie chcesz przeoczyć żadnego nowego wpisu - zostaw swój adres!

polecany post

mapa

mapa