, ,

Viva Cuba - jak Kuba zaspokoiła wszystkie moje zmysły!

1/10/2016


Nie wiem skąd w mojej głowie wzięła się Kuba. Od lat marzyłam, żeby zobaczyć tą wyspę i ten wciąż wzbudzający wiele emocji kraj. Niesamowite jest to, że jak zamykałam oczy, czułam Kubę wszystkimi zmysłami...czułam zapach cygar, smak rumu, oczami wyobraźni widziałam stare samochody i wypalone od słońca kolory zniszczonych hawańskich kamienic, a w uszach słyszałam rytmy kubańskiej salsy.
Zanim zaczniesz czytać, zrób sobie mojito, włącz głośniki i kliknij w jeden z przycisków (przeniesienie na YouTube w nowym oknie).



A teraz usiądź wygodnie, 
Gotowy na podróż na roztańczoną Kubę? 


Przez parę lat, Kuba była moim największym marzeniem. Nie planowałam wyjazdu na Kubę, tak jak planuje się takie wypady z dużym wyprzedzeniem. Stało się to tak z dnia na dzień. Nagła zmiana pracy i urlop do wykorzystania. Nie zastanawiałam się długo, jaki wybrać kierunek świąteczno-noworocznego urlopu. Poinformowałam znajomych, że lecę na Kubę. Sama? Na Kubę? Nie boisz się? Boję się, ale co tam, raz się żyję, a świat należy do odważnych. Miałam miesiąc czasu żeby zorganizować sobie całą wycieczkę. Do tej podróży przygotowałam się bardzo dokładnie. Przez cały miesiąc, dzień w dzień szukałam w internecie wszelkich informacji o Kubie. Skontaktowałam się z ludźmi, którzy byli na Kubie. Pytałam ich o wszystko. Chciałam wiedzieć o Kubie jak najwięcej, żebym nie miała na miejscu niemiłych niespodzianek i żebym czuła się bezpiecznie, nawet w miastach, w których była w tym czasie epidemia cholery po sierpniowym huraganie Sandy. Załatwiłam bilet, ubezpieczenie, wizę, szczepionki - tak na wszelki wypadek, kupiłam bikini, japonki i w drogę, za ocean, spełnić swoje największe marzenie.
Z Warszawy poleciałam do Frankfurtu. Na lotnisku spędziłam cały dzień i dopiero wieczorem wyleciałam do Hawany. Lot był długi i męczący, ale szczęśliwie wylądowałam w Hawanie. Pierwsze uczucie po wyjściu z samolotu - Wilgoć! I to jaka! Miałam wrażenie, że mam na sobie mokre spodnie. Na hawańskim lotnisku powitały mnie długie kolejki, no tak, przecież jestem w komunistycznym kraju. Od teraz kolejki będą już wszędzie. Na lotnisku wymieniłam część pieniędzy żeby mieć na pierwsze dni pobytu, kantory są, ale ciężko je znaleźć i oczywiście są w nich długie kolejki. Z lotniska taksówką Cuba Taxi (państwowa korporacja) za 25 CUC pojechałam do centrum Hawany. Jadąc taksówką wieczorem po Hawanie, z nosem na szybie - byłam pod ogromnym wrażeniem jak duże, głośne i zniszczone jest to miasto. Pomyślałam sobie, że wieczorne spacery po Hawanie sobie jednak odpuszczę. Przed kamienicą w centrum Hawany, czekał na mnie właściciel mojej casy (casa particulares - kwatery prywatne dla turystów, prywatne, ale państwowe). Ledwo weszłam do casy, a już na stole pojawiły się "oryginale cygara” prosto z fabryki. Każdy Kubańczyk ma dostęp do oryginalnych cygar! Zazwyczaj ktoś z rodziny pracuje w fabryce i dlatego mają taniej niż w sklepach. Co nie jest prawdą. O tym kombinatorstwie Kubańczyków dużo czytałam, więc na razie grzecznie podziękowałam. Marco był Kubańczykiem. Mieszkał przez kilka lat w Polsce w latach 80-tych i znał bardzo dobrze polski.
Rano Marco przyjechał po klucze i przy okazji zawiózł mnie swoim starym niebieskim samochodem na przystanek autobusowy, z którego odjeżdżają Viazule - autokary dla turystów, kursujące po najważniejszych miastach Kuby, dla Kubańczyków bardzo drogie. Viazulami planuje podróżować po całej Kubie. Jedynym minusem tych autokarów jest klimatyzacja - czasami w polarze i w długich spodniach jest zimno. Dworzec zniszczony, tak jak cała Kuba - odrapane biurka, kilka okienek i poczekalnia pełna turystów z całego świata. Niezła biurokracja panuje na tych dworcach, ale całe szczęście, że wszystko sprawnie działa. Bilety należy kupować z dużym wyprzedzeniem, gdyż w dniu wyjazdu może nie być miejsc. Zazwyczaj Viazule są wypełnione do ostatniego miejsca. W zależności od kierowcy czasami są przystanki co godzinę, na toaletę, jedzenie itd., a czasami jeden przystanek na całą podróż.
Kontaktując się jeszcze z Polski poprosiłam Marco, żeby kupił mi bilet na pierwszą podróż z Hawany do Trinidad. Marco załatwił mi bilet, ale 2 razy droższy - podobno nie było już biletów i musiał dać łapówkę. Jestem pewna, że mnie okłamał. Na każdym kroku Kubańczycy kombinują, żeby tylko zarobić trochę kasy w CUCach. Na Kubie obwiązują dwie waluty. CUP (peso niewymienialne) jest oficjalną walutą Kuby, w której wypłatę dostają Kubańczycy, za którą można kupić jedynie wybrane produkty – jaja, chleb, mięso, ryż, warzywa. Drugą obowiązująca waluta jest CUC (peso wymienialne). To waluta dla turystów i Kubańczyków, za tą walutę można kupić już wszystko co jest w sklepach, ale i tak w sklepach jest niewiele(1 CUC = 24 CUP). Dlatego Kubańczykom tak zależy na tym, aby za wszystko płacić im w CUCach. Nadałam bagaż, dostałam podbitą karteczkę potwierdzającą jego nadanie, niezła biurokracja - listy, pieczątki, karteczki, bilety itd. Najfajniejszy był widok deseczki z wbitym gwoździem, na którą nabijano bilety. Wsiadałam do autokaru i ruszałam do Trinidad, podobno jedno z najładniejszych miasteczek na Kubie.
Na przystanku w Trinidad czekała grupa mieszkańców z karteczkami z imionami turystów, którzy zarezerwowali sobie u nich noclegi. A dla tych, którzy nie mieli noclegu - druga grupa z ofertą prywatnych kwater. W tłumie odnalazłam Helenę z karteczką z moim imieniem. Pokój bardzo skromny, ale czysty, pachnąca pościel i ręczniki. Koszt 30 CUC (na Kubie płaci się za pokój, a nie za liczbę osób, więc dla osoby podróżującej samotnie cena za nocleg była dość wysoka, śpiąc w 3 osoby płaci się tyle samo, więc wychodzi o wiele taniej). Helena bardzo sympatyczna, ale jak powiedziałam jej, że nie będę zamawiać u niej śniadań i obiadów, to już nie była taka miła. Zostawiłam walizkę i od razu udałam się na zwiedzanie tego pięknego kolonialnego miasteczka. Można zwiedzić je w godzinę, ale jak chce się poczuć jego klimat to nawet 3 dni jest za mało. Trinidad pełne jest niskich, kolorowych domów z kratami w dużych oknach i drzwiach. Poprzecinane jak szachownica malowniczymi brukowanymi uliczkami.
W Trinidad czas się zatrzymał. Na uliczkach wozy i stare samochody. Wszyscy się znają i rozmawiają ze sobą, siedzą przed domami lub grają w domino. Kubańczycy są bardzo otwarci. W każdym kubańskim mieście jest Casa de la Musica – to klub muzyczny z muzyką na żywo, w którym Kubańczycy i turyści tańczą salsę i piją kubański rum. Również Trinidad ma swoją Casa de la Musica, w której wieczorami wszyscy bawią się w rytmach gorącej salsy. I tak codziennie, do późnych godzin nocnych. Tu poznałam Carlosa przemiłego Kubańczyka. Gdy powiedziałam mu, że jeszcze nie paliłam cygara, w ciągu 5 minut załatwił mi cygaro „Romeo y Julieta”, bardzo popularne na Kubie. Cygara palą tylko starsi Kubańczycy. Carlos dużo mi opowiadał o sobie i o tym jak żyje mu się na Kubie. Skończył Wyższą Szkołę Militarną w Hawanie, ma 3 letnie dziecko, które mieszka z swoją mamą w Hawanie. Przez cały pobyt na Kubie poznałam wielu Kubańczyków i każdy z nich miał dziecko i nikt nie był w związku. Kobiety wychowują same dzieci i najczęściej każde dziecko ma innego ojca. Poznałam również znajomch Carlosa i razem spędziliśmy wieczór 
w kilku klubach i dyskotekach. 
Na Kubie zamawia się całe butelki rumu, a drinki robi się już przy stole. Butelka rumu kosztuje prawie tyle samo, co jeden drink, więc na każdym stole króluje butelka Havana Club. Rum to tradycja. Pije się go przez cały dzień, w czystej postaci lub jako drinki – Mojito lub Cuba Libre. Każdy kto otwiera nową butelkę rumu, wylewa go trochę za siebie, mówiąc przy tym „ for God” – to taki kubański zwyczaj. Na Kubie nie da się nie tańczyć. Tańczą wszyscy i tańczą wszędzie. Kubańczycy mówią o sobie, że salsę mają we krwi, w genach. Nikt specjalnie nie uczy się salsy, bo każdy od dziecka potrafi ją już tańczyć. Kubańczycy mają salsę w sercu. Nieraz widziałam małe dzieciaki jak tańcowały na ulicy. "Dobrze tańczysz salsę, bo masz dobre serce!" - to jeden z piękniejszych komplementów jaki kiedykolwiek usłyszałam.
Rano nie bolała mnie głowa od rumu i cygar, tylko bolały biodra od tańczenia salsy. Kuba to muzyka. Na każdym kroku słuchać muzykę w sklepach, samochodach i w domach. Przez cały wyjazd muzyka kubańska towarzyszyła mi wszędzie, gdziekolwiek byłam i cokolwiek robiłam, zawsze słyszałam muzykę. Nawet mama Carlosa pewnego wieczoru siedziała sobie na tarasie i słuchała głośno muzyki. Słychać ją było na całej ulicy. I nikomu to nie przeszkadzało. 
Na drugi dzień, pojechałam na plaże Playa Ancon, oddaloną około 15 km od Trinidad. Carlos załatwił mi kierowcę i ten zawiózł mnie za 12 CUC, starym, rozwalającym się Fordem. Plaża z drobnym, białym piaskiem, nieduża i mało turystów. Po raz pierwszy w życiu kąpałam się w oceanie, woda była turkusowa i cieplutka. Wieczorem wybrałam się do słynnej, małej dyskoteki La Cueva, która mieściła się w jaskini. Spotkałam w niej Carlosa ze znajomymi. Ciekawe miejsce, pomysł fajny, sam klimat w dyskotece raczej słaby. Ale jak nie ma innej alternatywy to można tam iść potańczyć przy kubańskich rytmach. Trafiłam na taneczne show z ogniem i wężem, była to taka atrakcja dla turystów. Tańczyłam do białego rana. 
Bolące biodra nie przekreśliły planów przejażdżki konnej do parku narodowego w okolicach Trinidadu. Okolica piękna to fakt, ale jazda na koniu bardzo męcząca, zwłaszcza dla kogoś kto nigdy nie jeździł konno. Po dwóch godzinach jazdy nie byłam już w stanie siedzieć na koniu. Miałam w łzy  oczach. Poważnie. Miejsce docelowe - to wodospad w parku narodowym, gdybym wiedziała, że tak to wygląda w życiu bym się nie zdecydowała. Wycieczka na koniu 20 CUC, ale oczywiście nikt już nie poinformował mnie, że dodatkowo będę musiała zapłacić za wstęp do parku narodowego 6 CUC. To też jest tu na porządku dziennym. Płaci się za jakąś wycieczkę fakultatywna, a później okazuje się, że są jeszcze jakieś dodatkowe koszty. Carlos odprowadził mnie na dworzec i pożegnaliśmy się. Pewnie nigdy więcej się nie spotkamy. Cieszę się, że go poznałam, bo dzięki niemu ja poznałam lepiej Kubę. Zostawiłam mu rozmówki polsko - hiszpańskie, obiecał, że jak kiedyś się spotkamy to będziemy rozmawiać po polsku. Szkoda, że internet na Kubie jest bardzo drogi, godzina w kawiarence kosztuje połowę ich wypłaty, więc wiedziałam, że i tak nasz kontakt się urwie. Wymieniliśmy się telefonami i mailami. Tak na wszelki wypadek. Kubańczycy - i kobiety i mężczyźni bardzo chętnie poznają turystów. Liczą na to, że związek z turystą skończy się wyprowadzką z Kuby, to dla nich jedyna szansa, żeby lepiej żyć. Pewnie Carlos też na to liczył. Smutne to jest.  

Dworzec autobusowy w Trinidad Kuba
Trinidad Kuba
Trinidad Kuba
brukowa uliczka w Trinidad Kuba
sklep spożywczy w Trinidad Kuba
sklep spożywczy w Trinidad Kuba
Trinidad Kuba
Trinidad Kuba
sklep spożywczy w Trinidad Kuba
 Trinidad Kuba
Trinidad Kuba
Trinidad Kuba
Trinidad Kuba
na pewno jakiś urząd w Trinidad Kuba
chłopiec z deskorolką w Trinidad Kuba
tradycja gra w domino w Trinidad Kuba
 Trinidad Kuba
Rum Havana Club Trinidad Kuba
wodospad w okolicach Trinidad Kuba
uliczka Trinidad Kuba
 Trinidad Kuba
Jadąc na Kubę myślałam, że tych starych samochodów, będzie jak na lekarstwo. A okazało się, że 90% jeżdżących po Kubie samochodów to właśnie te stare amerykańskie limuzyny, we wszystkich kolorach tęczy, odrapane, bez klamek, bez szyb, a nawet bez świateł i kierunkowskazów. Aby zasygnalizować innym kierowcom skręt, kierowca wystawiał rękę za okno i machał, dając znać, że skręca. Wszystkie te motoryzacyjne eksponaty trafiły na Kubę w latach 40-tych, kiedy to Kuba była perełką amerykańskiej rozrywki. Po wybuchu rewolucji, Amerykanie opuścili wyspę i pozostawili swoje wielkie samochody na kubańskiej ziemi. A one pozostały na Kubie do dziś, stając się elementem dziedzictwa narodowego Kuby. Na Kubie są różne kolory tablic rejestracyjnych, określają one formę własności – prywatne, z wypożyczalni, państwowe, wojskowe, rządowe etc.

kubańskie tablice samochodowe w Trinidad Kuba
stary amerykański samochód w Trinidad Kuba
stary amerykański samochód w Trinidad Kuba
stary amerykański Ford w Trinidad Kuba
stare amerykańskie samochody w Trinidad Kuba
stary amerykański samochód w Trinidad Kuba
stary amerykański samochód w Trinidad Kuba
stary amerykański samochód w Trinidad Kuba
Kolejny cel podróży to Baracoa. Na dworcu poznałam fotografkę holenderkę Suzanę i Japonkę o imieniu Katsura, nauczycielkę rysunku w tokijskim instytucie sztuki. Nie miałyśmy biletów na autokar i postanowiłyśmy razem poczekać do odjazdu autokaru, bo być może ktoś nie przyjdzie i będą wolne miejsca. Przez 30 minut jeden Kubańczyk ciągnął nas do taksówki mówiąc, że autokar jest pełny i mamy jechać taksówką. Turyści często korzystają z taksówek, bo cena za osobę zbliżona jest do ceny biletu za autokar, ale czasami przytrafiają się przygody podczas takiej podróży i to nie tylko te pozytywne. Czekanie się opłaciło. Znalazły się wolne miejsca i ruszyłyśmy do Baracoa, uroczej osady na wschodnim krańcu wyspy, otoczonej górami, ze specyficznym mikroklimatem. Baracoa jest piękna, inna niż miasta, które widziałam do tej pory. Polecana przez wszystkich, którzy tutaj byli. Bajeczna i egzotyczna. Widać w niej duże wpływy Haiti. Ludzie są inni, architektura również, przyroda bardziej dzika nawet muzyka inna. Baracoa to tylko dwie uliczki, ale warto tu spędzić więcej czasu, bo okolica jest przepiękna. Jedyne słowo, które przychodzi mi do głowy by określić Baracoa to dżungla! Ledwo ruszyłam na zwiedzenie miasteczka, a zaraz zagadał mnie młody Kubańczyk – Jose, nauczyciel tańca. Śmiał się, gdy powiedziałam mu, że każdy Kubańczyk, którego poznałam mówił, że jest nauczycielem salsy (to jeden ze sposobów Kubańczyków na poderwanie turystki). Jose faktycznie był nauczycielem, pokazał mi certyfikat i zabrał mnie do miejsca w którym pracuje - Casa de la Cultura, tu uczył turystów salsy. Krok po kroku, nauczył salsy również mnie. Urodził się na Kubie, ale jego rodzice pochodzą z Jamajki. W przeciwieństwie do Carlosa, Jose wprost mówił, że mieszka w raju, ale jest to "pieprzony raj" i marzy o tym, żeby stąd uciec, choćby na Jamajkę. Powiedział mi, że ludzie piją rum żeby nie myśleć o biedzie i o tym jak jest źle. Taniec i muzyka to jedyna radość, jaką mają w życiu. 
Wieczór spędziłam z koleżankami i paczką kubańskich znajomych - Harold, właściciel jednej z cas w Baracoa i Włoch Andrew, który u niego mieszkał. Całą noc włóczyliśmy się razem po knajpkach i dyskotekach. W Baracoa miałam wrażenie, że poznani Kubańczycy czekają tylko, aż poznają jakieś turystki, które będą kupować im drinki. Nawet nasi znajomi oprócz Włocha, cały czas chcieli od nas kasę na kolejną butelkę rumu. Nie byłoby z tym problemu, ale z tej butelki częstowali wszystkich swoich znajomych, którzy do nas podchodzili, więc my tak naprawdę z tej butelki wypiłyśmy po jednym drinku. To było niefajne. Ale tak to tu wygląda. Wykorzystują turystów i to jest fakt. Nie chcę tego oceniać. Tak po prostu tu jest. Skoro ktoś przyleciał na Kubę, to na pewno ma kasę. Nie podobało mi się to, bo było to takie widoczne. Szkoda, bo tym zrażają do siebie wielu turystów. 
W Baracoa było bardzo mało turystów, podobno przez epidemię cholery wiele osób zrezygnowało z przyjazdu tutaj. W mieście widać było wiele zniszczeń, gruzów - po huraganie Sandy. Przy wjedzie do Baracoa, ustawiono wojsko, które zatrzymywało każdy samochód celem dezynfekcji. Każdy pasażer i my również musieliśmy zdezynfekować dłonie i buty.
Na drugi dzień, spragniona karaibskich plaż i tropikalnego słońca, pojechałam razem z Katsurą i załatwionym kierowcą na oddaloną około 22 km od Baracoa plażę Malagua. Na plaży podeszło do nas kilku Kubańczyków, od jednego kupiłam ręcznie zrobione drewniane domino, a drugi zagadał moją koleżankę po japońsku. Sam uczył się japońskiego, mając kontakt tylko z turystami. Podszedł do nas z notesikiem, w którym oprócz japońskich zwrotów zapisanych po japońsku, była też ich fonetyczna wymowa. Byłyśmy pod ogromnym wrażeniem. Czas na plaży spędziliśmy ucząc się japońskiego i rozmawiając o życiu, swoich rodzinach, krajach, kulturach i zwyczajach. Na plaży popijałyśmy mojito - tu piłam najtańsze mojito w moim życiu. W przeliczeniu na polskie złote - było to 4 zł. Dodam, że za 3 CUC kupuje się w sklepie całą butelkę rumu. Co ciekawe, za szklankę wody na casie, jak zamówiłam sobie obiad musiałam dodatkowo dopłacić 1 CUC czyli 4 zł - tyle samo co za mojito na plaży. Na Kubie na każdym kroku trzeba się pilnować, bo wszędzie Kubańczycy chcą żeby im zapłacić, za wszystko, nawet za drobną przysługę. 
To były trzy fantastyczne dni i trzy przetańczone noce. Wspaniały czas, ze wspaniałymi ludźmi, turystami i Kubańczykami. Aż łezka kręciła mi się w oku, kiedy na dworcu żegnałam moich nowych znajomych. Katsura przemiła dziewczyna. I niesamowite jest to, że ani ona, ani ja nie znałyśmy dobrze języka angielskiego, a tak fajnie spędziłyśmy razem czas. Jak ludzie są w stosunku do siebie serdeczni i życzliwi i chcą pobyć ze sobą - to jak się okazuje nawet dobra znajomość języka nie jest potrzebna. 

piękne górskie krajobrazy w okolicach Baracoa Kuba 
droga do Baracoa Kuba 
droga do Baracoa Kuba 
takie powitanie na dworcu autobusowy w Baracoa Kuba
zniszczenia po huraganie Sandy w Baracoa Kuba
Baracoa Kuba
piękne stare budynki w Baracoa Kuba
piękne stare budynki w Baracoa Kuba
Baracoa Kuba
chłopiec, na boska na ulicy w Baracoa Kuba
centrum miasta Baracoa Kuba
centrum kultury Casa de la Cultura w Baracoa Kuba
Jose i kalibma - instrument muzyczny 
Baracoa Kuba 
La Revolutcion - Baracoa Kuba 
chłopiec w Baracoa Kuba 
sklep mięsny chłopiec w Baracoa Kuba 
chłopcy na ulicy w Baracoa Kuba 
ulica w Baracoa Kuba 
ulica w Baracoa Kuba 
panorama widok na Baracoa Kuba 
sklep spożywczy w Baracoa Kuba 
sklep spożywczy w Baracoa Kuba 
sklep spożywczy w Baracoa Kuba 
Viva Cuba ! Baracoa Kuba 
gra w domino na ulicy w Baracoa Kuba 
gra w piłkę na ulicy w Baracoa Kuba 
kubańskie kobiety na ulicy w Baracoa Kuba 
kubańska śliczna dziewczynka w Baracoa Kuba 
Baracoa Kuba 
zniszczenia po huragnie Sandy w Baracoa Kuba 
zatoka w Baracoa Kuba 
zatoka w Baracoa Kuba 
ulica w Baracoa Kuba 
Maluch bez świateł na ulicy w Baracoa Kuba 
sklepik w Baracoa Kuba 
sklepik w Baracoa Kuba 
sklepik w Baracoa Kuba 
uliczka w Baracoa Kuba 
stary samochód w Baracoa Kuba 
kubańczyk i stary samochód w Baracoa Kuba 
kubańczycy i Fidel w Baracoa Kuba 
chłopiec w Baracoa Kuba 
egzotyczna roślinność w Baracoa Kuba 
okolice Baracoa Kuba 
okolice Baracoa Kuba 
notesik Kubańczyka do nauki japońskiego
Kubańczyk od japońskiego Baracoa Kuba 
sklep spożywczy okolice Baracoa Kuba 
"my friends" Baracoa Kuba 
Czas ruszyć dalej do Santiago de Cuba, w towarzystwie poznanego w Baracoa Włocha. W Polsce dziś Wigilia a ja w autokarze. Całą drogę łamanym angielskim Andrew opowiadał mi o Kubie. Od 2 lat ma żonę Kubankę, z którą mieszka we Włoszech, a trójka jej dzieci jest z babcią na Kubie. Państwo nie zgodziło się, żeby dzieci wyjechały razem z nią z Kuby. I tak przez 2 lata próbują ściągnąć dzieci do Włoch i przez ten cały czas żona musi płacić państwu co miesiąc 100euro, inaczej nie mogłaby już wrócić po dzieci i do kraju. 
Santiago de Cuba to drugie pod względem ludności miasto na Kubie. Tutaj Fidel Castro w lipcu 1953r. rozpoczął rewolucję. Miasto przemysłowe i bardzo zniszczone po sierpniowym huraganie Sandy. Wiele placów, sklepów, knajp i muzeów. Na Kubę przyjeżdża się dla pięknych rajskich plaż, ale można też przyjechać na lekcję historii. Historii kraju ludzi uśmiechniętych, a w głębi serca jednak nieszczęśliwych. Spacerując po Santiago de Cuba dużo rozmyślałam o Kubie. Kuba to historia. Kuba to Państwo przez duże "P". Kuba to system. Miałam wrażenie, że Kubańczycy nie wiedzą jak żyje się na świecie. Wszystkie media kontrolowane są przez państwo - prasa, telewizja, internet. Kubańczycy wiedzą tylko to, co przekazuje im państwo. Carlos wytłumaczył mi, dlaczego tak wielu Kubańczyków zaczepia turystów – i nie tylko po to, by poćwiczyć angielski, ale przede wszystkim chcą poznać świat, bo tylko dzięki turystom mogą się dowiedzieć jak żyje się w innych krajach. Turyści są bramą do innego świata, wciąż im nieznanego. Na Kubie nie ma McDonald’sów, a zamiast bilbordów reklamowych, są wielkie tablice z propagandowymi krzyczącymi hasłami: Viva Cuba! Viva Fidel! Viva Rewolucja! Tu jest zupełnie inny świat. 
Santiago ma swój specyficzny klimat. Jest chyba bardziej agresywne i głośniejsze niż Hawana. Nie chciało mi się chodzić, więc dogadałam się z jednym Kubańczykiem, który jeździł rikszą, że za 5 CUC zawiezie mnie w wybrane miejsca. Zobaczyłam najważniejsze miejsca w Santiago m.in.: fascynujący cmentarz Santa Ifigenia z mauzoleum Jose Martiego, zniszczoną przez huragan najstarszą na Kubie fabrykę rumu Fabrica Ron Caney, ulicę Avenida Jesus Menendez, na której w lipcu odbywa się słynny karnawał, Placu Rewolucji i słynny plac Parque Cespedes z katedrą Nuestra Senora de la Asuncion. Santiago również zostało bardzo zniszczone przez huragan. Wracając spacerkiem do domu, wstąpiłam na piwko do przydrożnej knajpki. Spotkałam w niej Włocha, był z żoną i znajomymi. Zaprosili mnie do stolika i tak całe popołudnie spędziłam z nimi, a wieczorem udaliśmy się na kolację do kanapki Palmare, za Hotelem Santiago - bardzo dobre i tanie jedzenie. Żona Włocha załatwiła nam znajomego kierowcę, który miał nas zwieść na tą kolację, a potem mnie na dworzec, miał być tańszy niż taksówka, a oczywiście był dwa razy droższy.

Santiago de Cuba Kuba 
Santiago de Cuba Kuba 
Santiago de Cuba Kuba 
Santiago de Cuba Kuba 
zniszczenia po huraganie Sandy Santiago de Cuba Kuba 
Santiago de Cuba Kuba 
Santiago de Cuba Kuba 
kolejka przed sklepem w Santiago de Cuba Kuba 
Santiago de Cuba Kuba 
Santiago de Cuba Kuba 
kamienica w Santiago de Cuba Kuba 
fabryka rumu zniszczona przez huragan Sandy w Santiego de Cuba Kuba 
Cmentarz Santa Ifigenia w Santiego de Cuba Kuba
stara kamienica w Santiego de Cuba Kuba
Plac Parque Cespedes w Santiego de Cuba Kuba
Plac Parque Cespedes i Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Santiego de Cuba Kuba
muzyk na placu Parque Cespedes  w Santiego de Cuba Kuba
Co przypominają Wam te buteleczki ? lakiery do paznokci Santiego de Cuba Kuba
Jeśli jesteś ciekaw co dalej robiłam na Kubie, gdzie byłam i czy w sylwestra spałam czy tańczyłam salsę - zapraszam  do drugiej części relacji z Kuby, którą znajdziesz tutaj.
Zanim ruszysz na Kubę poczytaj o tym, dlaczego możesz wrócić z niej niezadowolony, link tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta relacja - zostaw komentarz poniżej, poniżej i jeszcze niżej, własnie tam.
A jeśli jeszcze nie polubiłeś mojego profilu na FB kliknij "lubię to" - będzie mi bardzo miło. Dziękuję.


Podobne

8 komentarze

  1. Podobała mi się bardzo ta relacja,czytało się świetnie, czekam na następną część ☺

    OdpowiedzUsuń
  2. Iwo pamiętam, jak opowiadałaś o Kubie, nasze rozmowy o niej, a to juz tyle czasu minęło. Dzięki za ten tekst, fajnie sobie poczytać i powspominać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej !!
    Chciałabym od Ciebie dowiedzieć się kilku praktycznych rzeczy, a mianowicie ile byłaś na Kubie i kiedy dokładnie, ile wydałaś, podstawowe wydatki, typu ile za nocleg, drinka, przejazd. Na Kubie można jeździć stopem i płacić w CUP, oprócz noclegów ;-) czy może z tego korzystałaś. Będę wdzięczna za odpowiedź. Pozdrawiam i powodzenia w pisaniu i zwiedzaniu :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajnie się czyta i ogląda zdjęcia z Trinidad, to przepiękne miasto, byłem w nim dwukrotnie i z przyjemnością raz jeszcze wybrałbym się do niego. Nota bene, chyba też spotkałem tego faceta z osiołkiem, oferującym przejażdżki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha, każdy kto był w Trinidad ma zdjęcie tego pana :)

      Usuń
  5. Czesć witam przeczytałam juz prawie wszystkie artykuły o kubie które napisałaś.I Sama nie wiem czy chce czy nie chce Lecieć nakube.Od kilku dni myslimy z mężem o wyprawie tam.Niestety z biurem podrózy.Nie znamy angielskiego w stopniu komunikatywnym wiec stąd pomysł by z biurem podrózy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. witam, miałam nadzieję, że moje posty wszystkich zachęcą do odwiedzenia Kuby! Wiem ze kazdy ma inne oczekiwania jesli chodzi o podróże. Ja jednak z całych sił będę namawiać Państwa na ta podróż! To ostatni moment żeby zobaczyc prawdziwa Kubę - za pare lat juz nie bedzie tam takiego klima jaki jest teraz. Kuba jest jedyna i wyjatkowa - nie ma drugiejgo takiego kraju. Tak jak Japonia. Kraje w Europie - rawie wszytskie takie same - z podziałem na - kraje morza srodziemnego, skandynawie, centralna Europe. Kuba jest jedyna. Prosze też pamietać, że jadąc z biuem podrózy - zobaczycie Państwo tą "ładą Kubę" taka dla turystów, nie będą Was zaczepiać naciągacze itd. Nie zobaczycie Państwo az tak tej biedy i tego brudu. Wszystko będziecie mieć Państwo dobrze zorganizowane i zaplanowane. Prosze mi napisać - jaki mają Państwo plan wycieczki z Biura podróży - czy tylko pobyt np. w Varadero ? Czy jakaś objazdówka? I proszę lecieć na Kube! :) Jak najszybciej!

      Usuń

NEWSLETTER

Jeśli nie chcesz przeoczyć żadnego nowego wpisu - zostaw swój adres!

polecany post

mapa

mapa